Pokazywanie postów oznaczonych etykietą MOTYWACJA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą MOTYWACJA. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 3 stycznia 2016

Cyborgiem jeszcze nie zostałam, ale wszystko przede mną. Jak żyć w dwatysiąceszesnastym już wiem.

Wczoraj w nocy na fanpejdżu Bacówki Bartne taki wpis znalazłam:

Rok 2016 będzie miał 366 dni. To dużo.

Rok 2016 będzie miał 8784 godziny. To duużo .
Rok 2016 będzie miał 527040 minut. To duuużo.
Rok 2016 będzie miał 31622400 sekund. To duuuużo.
Rok 2016 będzie miał ...będzie miał...będzie miał bardzo dużo chwili. To duuuuużo. To bardzo duuuuuuużo. To bardzo dużo okazji , żeby być szczęśliwym. Nie zmarnujcie ani jednej.


Proste? Jak budowa cepa.

Taaaaa...

Są takie chwile kiedy uświadamiasz sobie, że trzeba żyć natychmiast. Dociera do Ciebie nie ma sensu marnować życia, energii, czasu na pierdoły, zazdrość i złość. Kiedy pojawia się wizja, że czegoś z Twojego wcale przecież nie idealnego życia, może nagle zabraknąć  obiecujesz sobie, że teraz to już na pewno będziesz żyć na maksa. I trwasz w tym postanowieniu chwilę albo dwie. A potem wracasz do rozmieniania się na drobne.

Żyć dobrze  wcale nie jest tak trudno jak mogłoby się wydawać. To tylko kwestia Twojego wyboru.

Na początek wystarczy podjąć decyzję czy będzie to dobry dzień. Jak już podejmiesz decyzję, bądź konsekwentny do wieczora. I tak każdego dnia.

Ciesz się z tego co masz. Nie zazdrość innym. A jeśli chcesz mieć tyle co oni – zapierdzielaj.

poniedziałek, 30 listopada 2015

Nic nie muszę, mogę wszystko. Kilka zasad, które pomagają mi wrócić do formy.

Kilka dni temu minęły trzy miesiące od kiedy moje życie drugi raz wywróciło się do góry nogami. Dziś przebiegłam pięćsetny (500!) kilometr po porodzie. Piszę i ledwo w to wierzę, bo jeśli jedno dziecko to Rzeźnik, to dwójka nie jest Rzeźnikiem Ultra, tylko co najmniej Rzeźnikiem 500. Potrzeba ogromnej motywacji, żeby się chciało. Potrzeba wielu wyrzeczeń, żeby się udało. Potrzeba zaawansowanej logistyki i bardzo dużo wsparcia, żeby było kiedy i jak. Ale da się. Jak to zrobić?

Zacznij powoli i daj sobie czas. Pierwszy trening biegowy zrobiłam niecałe trzy tygodnie po porodzie. Trzy kilometry w trzydzieści pięć minut. Wolniej się już chyba nie da. Bardzo pilnowałam, żeby tętno nawet nie zbliżyło się do górnej granicy pierwszego zakresu. Tej zasady trzymałam się w zasadzie to szalonego startu w październikowym półmaratonie, gdzie pozwoliłam sobie na drugi zakres. Potem zaczęłam biegać z planem i pozwalam sobie na coraz więcej, ale wciąż na zaciągniętym hamulcu. Powrót do jako takiej formy po tak długiej przerwie nie jest łatwy. Nie ma się co oszukiwać. Potrzebna jest tutaj silna głowa. Co drugi trening, kiedy idzie słabiej niż sobie zaplanowałam mam ochotę pierdzielnąć tym w diabły, ale jak mądrze napisała Magda, która jest moją największą inspiracją – „Powrót do formy wymaga wielkiej pokory i wyrozumiałości wobec własnych ograniczeń.”

Słuchaj swojego organizmu, on naprawdę wie lepiej niż Google co jest dla ciebie dobre. Mój lekarz w trakcie ciąży ostrożnie podchodził do aktywności fizycznej, w zasadzie zalecił mi ograniczenie się do spacerów. I spacerowałam, po górach na przykład (jak było wspaniale można przeczytać TUTAJ) lub z kijkami dzień przed porodem ;) 

Ostatni trening jakieś 12 godzin przed porodem :)

Zastosowałam się do wskazań lekarskich, zwolniłam tempo, zrezygnowałam z biegania, ale uznałam, że znam siebie lepiej niż lekarz. Moja ciąża przebiegała prawidłowo, więc pozwoliłam sobie na nieco więcej. Tak samo podeszłam do kwestii powrotu do treningów po porodzie. Postanowiłam zaufać sobie. Aktywność rozpoczęłam od delikatnych ćwiczeń zalecanych po cesarskim cięciu – polegały lekkich spięciach mięśni z wykorzystaniem poduszki. Po kilku dniach dodawałam sukcesywnie kolejne ćwiczenia, typową gimnastykę dywanową, potem taśmy i w końcu ulubiony TRX. Pierwszy trening z większym obciążeniem zrobiłam dokładnie trzy miesiące po porodzie. Wcześniej nie widziałam takiej potrzeby, wystarczyło to, co robiłam.


Elastyczność to Twoje nowe drugie imię. Od sześciu tygodni konsekwentnie udaje mi się realizować plan biegowy i to kropka w kropkę. Jak nigdy. To na razie tylko sześć tygodni, więc nie

środa, 11 listopada 2015

Czas powiedzieć to głośno, czyli na co porywam się w nowym sezonie.

204 km. Dwieście cztery kilometry. Tyle nabiegałam w październiku. Na bank na większości  nie robi wrażenia, ale mnie udało się to pierwszy raz od ośmiu lat, czyli pierwszy raz  W OGÓLE.  Jak to możliwe, że stało się to właśnie wtedy, kiedy obiektywnie nie miało  prawa się stać, z kilkutygodniowym dzieckiem w domu, nieprzespanymi nocami, kilkoma kilogramami nadwagi i blizną po cesarskim cięciu?  

Na jednym ze zlotów korporacyjnych nasi pomysłowi szefowie podzielili nas na grupy. Następnie zabrali wszystkie dokumenty, telefony,  pieniądze i  karty kredytowe. Potem zapakowali nas w autokary i nie mówiąc ani słowa wywieźli  na lotnisko w Modlinie. Tam bez słowa wyjaśnienia każdy zespół dostał kopertę z listą zadań do wykonania, aparatem fotograficznym do udokumentowania naszych poczynań i wyznaczoną godziną zero powrotu do centrum Warszawy. Bez pieniędzy. Bez telefonów. W dużej grupie. Wejść za darmo na płytę Stadionu Narodowego. Zrobić sobie zdjęcie u konkurencji. Na koniu. W samolocie. Na łódce. Zebrać dużą grupę ludzi, która dla nas zaśpiewa. I inne takie. Był luty. Było zimno. Byliśmy głodni i wkurwieni, ale konsekwentnie odhaczaliśmy zadanie po zadaniu. Wyjścia nie było. Lataliśmy jak idioci po całej Warszawie, opowiadając naszą historię nieskończoną ilość razy. Od zadania do zadania. Była lista do zrobienia. Nikomu nawet nie przeszło przez myśl, żeby odpuścić.

poniedziałek, 19 października 2015

Dynamika motywacji, czyli o tym jak dowieźć zajebistość z początku sezonu do samej mety.

Czekasz kilka miesięcy na to, żeby móc znów trenować po przerwie. Wszystko masz zaplanowane, czekasz tylko na godzinę zero, kiedy będziesz mógł odpalić maszynę. Dokładnie wiesz, co i jak zrobisz. Jesteś jedną chodzącą motywacją.

Odpalasz plan i ruszasz.  Odhaczasz trening za treningiem. Odnajdujesz drogę do siłowni, albo robisz salę z salonu, który jest teraz zagracony całym sprzętem, jaki udało Ci się nazbierać. Grzecznie się rozciągasz, dobrze jesz.   Jesteś jak Ferrari, które osiąga 100 km/h w 3,6 sekundy, czy ile tam. Jesteś po prostu zajebisty. Jesteś na motywacyjnym haju. Ale ten stan nie trwa wiecznie. Kończy się nagle, zupełnie jak zajebisty sen, z którego budzisz się tuż przed przecięciem wstęgi zwycięzcy w wymarzonych zawodach.  W pewnym momencie stracisz czujność, coś się wydarzy, chuj bombki strzeli i choinki nie będzie. Nie mam mowy, żeby wszystko poszło zgodnie z planem. Im  zaakceptujesz ten stan,  tym większe masz szanse dowieźć swą zajebistość na wymarzony start i dalej do mety.  

Każdy niezrobiony trening, każde wyłączenie budzika i nakrycie głowy kołdrą, każdy raz kiedy odpuszczasz , nawet wtedy kiedy zmuszony jesteś to zrobić, wbija gwóźdź do trumny motywacji. Bez motywacji nie ma realizacji planu, bez planu nie ma motywacji. Koło się zamyka.

Jak nie stracić motywacji, kiedy nie wszystko idzie zajebiście?

Przyjmij do wiadomości, że motywacja jest procesem, który posiada swoją  naturalną dynamikę, nie da się jej utrzymać stale na tym samym poziomie bez angażowania dodatkowych bodźców. Tak twierdzi w książce "Słomiana motywacja" Rafał Krasicki. Do mnie to spojrzenie przemawia.





wtorek, 6 października 2015

Superbohaterem być.

Armagedon. To słowo i ten stan pojawił się w moim domu siedem tygodni temu.  Z drugim dzieckiem jest łatwiej, mówili. Taaaaaaaaaaaa. Że ja głupia uwierzyłam… Pierwsze dni po powrocie ze szpitala pamiętam jak przez mgłę i dobrze, bo nie należałam do najszczęśliwszych osób na świecie. Nie linczować proszę, tylko zrozumieć, że jak ktoś lubi sobie ze wszystkim radzić, a potem nie radzi sobie z niczym, to nie ma mowy, żeby lubić ten stan. I pewnie do dziś tkwiłabym w piżamie, gdyby nie SUPER MOCE, które odkryłam, kiedy przestałam słuchać dobrych rad i dwa tygodnie po porodzie zrobiłam po swojemu i zabrałam ferajnę w góry.  Wtedy po raz pierwszy poczułam się jak  SUPERBOHATER. Może i żyję w lekkim chaosie, może mam ochotę uciec przed własnymi dziećmi co najmniej raz dziennie, ale nigdy tak często nie czułam się jak SUPERBOHATER. A teraz mam ten stan. Potrafię się rozdwoić na przykład. Mogę jednocześnie zmieniać pieluszkę młodszemu,  kopać piłkę ze starszym i  przypominać mężowi przez telefon co ma załatwić w banku albo kąpiąc starszego bujać nogą młodszego w foteliku, drugą nogą ćwicząc propricepcję (tak wczoraj zastał mnie mąż, podziw w jego oczach porównywalny z tym, który widziałam po pierwszym maratonie). Jednoczesne karmienie młodszego ze starszym na kolanach i trzystustronicową książką z bajkami trzymaną w powietrzu (bicki rosną!) to cowieczorny rytuał. Czy to nie jest SUPER MOC? I jeszcze ta NADPRZYRODZONA SIŁA, no bo jak to inaczej nazwać,  kiedy po śnie pociachanym jak mięso na tatara, zaczynasz wszystko od nowa bez jednego nawet mrugnięcia okiem? Ba, zaczynasz nie byle jak, bo od małego WOD’a, bo budzi szybciej niż kawa. Tylko PELERYNY  bohatera mi brakuje.


Każdego dnia wykonuję nie jedną, nie dwie i nie trzy misje specjalne. Sorry, takie życie SUPERBOHATERA, który ma jedno zadanie – nie pozwolić zawładnąć chaosowi swoim światem.  Lekko nie jest.  Zresztą jak jest lekko to zazwyczaj daję dupy, rozleniwiam się i odpuszczam. A idąc tym tropem, z dwójką  dzieci na rękach, z oczami postawionymi na zapałkach i zapasem relanium w przyszłym roku rozwalę nie jeden kiosk.  

Góry lekiem na całe zło. Wiadomo.

wtorek, 28 lipca 2015

I uczynię wszystko, aby nowe bieganie było zgodne, szczęśliwe i ogniem z dupy ziejące


Kochane Bieganie,

Wiem, że nie jestem idealna. Wiem, że popełniłam wszystkie możliwe do popełnienia błędy. I te, których nie byłam świadoma i wyszły po fakcie. I te, o których wiedziałam,co zrobić, aby ich uniknąć. A także te, których miałam  pełną świadomość i zarzekałam się, że nie popełnię ich nigdy. Taka jestem zdolna. A Ty jesteś i zawsze na mnie czekasz. Jakoś przetrwaliśmy wszystkie wszystkie moje fochy, wzloty i upadki, pomimo momentów, w których byłam pewna, że rzucę Cię raz na zawsze. 

Teraz widujemy się rzadko i przelotem, ale ta separacja dobrze nam zrobiła. Zdystansowałam się, zatęskniłam mocno i wiem, jak ułożyć nasze życie od nowa tak, aby było jak w bajce. Tak, wiem, że obiecywałam już nie raz, ale jak to mówią do trzech razy sztuka. Mamy tą szansę, żeby zacząć wszystko od nowa, jak trzeba i po bożemu, więc grzechem byłoby nie spróbować. 

Zaczniemy wolno, a potem zwolnimy jeszcze bardziej. Nasz związek to nie szybka randka, to przecież tak na całe życie, to dystans ultra. Złota zasada biegów długodystansowych, jest pierwszą, o której będę pamiętać. Tęsknię za Tobą jak cholera, napalona jestem jak szczerbaty na suchary, ale wiem, że tym razem nie będę miała wyjścia. A konkretniej? A konkretniej, niestety nie pójdziemy na pierwszą randkę tak szybko jak bym chciała. Ostatnie czego chcę, to szybki początek, a potem długa pauza.

niedziela, 11 stycznia 2015

2014. Jedna piąta roku poza domem.


Przełom roku można lubić albo nie. Można odciąć się grubą krechą od tego co było i wystartować
z symbolicznym nowym rokiem, można też chować się pod kołdrą przed tykającym jak bomba zegarowa czasem. Ważne, że jest wybór. Można też starać się żyć tak, aby uciekający czas nie wywoływał epilepsji. Nie marnować czasu na pierdoły, nie zamartwiać się duperelami, nie truć rzeczami na które nie mamy wpływu. Zamiast wyrzutów, że coś poszło nie tak, następnym razem zrobić to po prostu lepiej  i przede wszystkim robić jak najczęściej to co kochamy najbardziej. Proste.

Nie napisałam tego, żeby tu nagle po kilku miesiącach ciszy zupełnej truć banałami. Napisałam, żeby było i kłuło w oczy. Mnie przede wszystkim. Zwłaszcza, kiedy przyjdzie mi do głowy robić inaczej niż napisałam wyżej.

2014 to był dobry rok. Może i było trochę (albo i dużo) za dużo pracy i stresu, za mało trenowania i przynoszących radochę osiągniętych celów, ale to przecież można wcale nie tak trudno zmienić.
 Było za to coś, czego zmieniać nie zamierzam: 69 cudownych dni spędzonych tu i tam,  w pięknych miejscach, z najlepszymi ludźmi, dni poświęconych na to, co uwielbiam: góry (48!!! dni), bieganie, nowe miejsca, a to wszystko z Chłopakami moimi. To jedna piąta roku. Jak mi się to udało nie wiem, ale mam zamiar to powtórzyć.  Pięknie było. I co z tego, że teraz już wiem, że nie dorobię się nigdy, no bo jak? Przecież im więcej zarobię, tym więcej mnie nie będzie w domu… Dobrze mi z tą myślą. Teraz trzeci tydzień siedzę uziemiona w domu, oglądam zdjęcia i gęba mi się śmieje. Tego, co było nie zabierze mi już nikt.  Kilka miesięcy temu pisałam tutaj o chwilach idealnych i o tym, że trzeba robić tak, żeby była ich cała fura. Ameryki nie odkryłam, wiem, ale moją furę mam.

Ja , sama!, na środku Czarnego Stawu Gąsienicowego. Do tego podczas treningu biegowego. Uwielbiam wracać do tego.

Ja, sama!, o poranku w beskidzkim, czasem tatrzańskim lesie. Coś co rok temu by się nie wydarzyło. Dziś to jedne z najlepszych momentów minionego roku, kiedy po prostu wsiadałam do auta nad ranem, żeby pobiegać sama w lesie, zmasakrować się na Skrzycznem, Klimczoku czy drodze do Murowańca, bez medali i rekordów. Tylko tak po prostu.


Albo to. My, sami!, na Zawracie. Do tego mgła, groza i adrenalina. Było pięknie, choć wcale niewesoło, kiedy buty do biegania ślizgały się po zalegającym śniegu, a śnieżyca przy Zmarzłym Stawie, pozwoliła uwierzyć, że można się zgubić w naszych pięknych Tatrach.


Mogłabym tak co najmniej 48 razy, tyle ile w dni w górach, tyle wymagających ochów i achów wspomnień by się znalazło.. Nie przeszło mi. Oprócz samego bycia w nich czy biegania, jest jeszcze jedna niesamowita rzecz – słuchanie jak trzylatek mówi: „chodźmy tam wyżej, tam będzie piękny widok”.  Zwłaszcza jak  udaje mi się połączyć trening z byciem z chłopakami, a w ubiegłym roku, szło to całkiem nieźle. Wspólne wypady biegowo-rowerowe po dolinach, wspólne wycieczki górskie – chłopaki kolejką do góry, ja biegiem. To wszystko da się połączyć.  Może i zawaliłam realizację planu treningowego, zadowolona z tego powodu nie jestem, ale frustrować się nie zamierzam. To był dobry rok, biegowo też.



 O planach na nadchodzący rok za to nie ma co pisać. A jeszcze kilka tygodni temu było działo się w mojej głowie i w mięśniach też. Trzy tygodnie nad morzem w zasadzie bez biegania, bo tylko prze kilka dni byliśmy w trójkę, potem nie było już jak. Ale jak się nie ma co się lubi, to można… polubić basen na przykład. Trzy tygodnie równa się około 30 godzin na basenie, z czego znaczna część sam na sam z Młodym zaopatrzonym w kółka, motylki i inne wynalazki w rytm tam i z powrotem. Oszaleć można. I oszalałam chyba, bo od tego kręcenia się tam i z powrotem, przeszło mi nawet przez myśl, że może jakiś TRI kiedyś (ja to napisałam???). Kto to wie? Trzy tygodnie nad morzem to też 20 popołudniowych drzemek Młodego, podczas których uczyłam się z TRX-em mięśni, o których dawno zapomniałam. Tak, chyba nigdy nie spędziłam tyle czasu na ćwiczeniu mięśni głębokich, stabilizacji, ale też siły. Za każdym razem, jak cała trzęsłam się przy desce bokiem, tyłem i czym tam jeszcze, widziałam siebie jak drałuję jak czołg pod górę albo jak lecę w dół zimą w Karkonoszach albo latem w Tatrach…


A teraz trzeci tydzień siedzę i nic nie robię. Takie życie kolorowe. Nic to. Jakoś to ogarnę.

sobota, 9 sierpnia 2014

Maraton Karkonoski. Krótka opowieść o zakochaniu.

Maraton Karkonoski zadziałał na mnie jak środek odurzający. Do dziś jestem na haju. Uśmiecham się na samą myśl o sobotnim bólu, a fragmenty trasy stają mi oczami wielokrotnie w ciągu dnia. Naćpałam jestem bieganiem i chyba nie wszyscy to rozumieją. Na przykład pewien znajomy biegacz po uprzejmym wysłuchaniu moich ochów i achów spojrzał uważnie i zapytał: A co ty robiłaś na trasie 7 godzin? Jak to co robiłam? Biegłam.

Nie do końca jest  to prawdą.  Do marszu przeszłam na pierwszym podbiegu / podejściu stokiem na Szrenicę. Trzymałam się dzielnie truchtu przez pierwszych 300 metrów, potem nie miało to najmniejszego sensu. Miałam wrażenie, że znacznie szybciej pokonuję kolejne metry idąc. Kiedy tylko stok pozwala, wracam do truchtu. Chcę jak najszybciej dotrzeć do punktu kontrolnego na Śnieżnych Kotłach. Czeka mnie ok. 850 m przewyższenia i 6,5 km do pokonania. Dużo czasu, ale chcę mieć to jak najszybciej za sobą, żeby potem biec już spokojnie i cieszyć się biegiem. Po Biegu Marduły i wyścigiem z nieubłaganym limitem czasu ewidentnie została trauma. Cisnę znacznie szybciej niż trzeba i przede wszystkim znacznie szybciej niż powinnam i niż pozwalają mi moje możliwości. Na efekty nie czekałam długo, jeszcze przed Schroniskiem pod Łabskim Szczytem miałam ułożoną listę powodów, dla których się wycofałam. Szłam do przodu tylko dlatego, że wciąż nie wybrałam tego najbardziej wiarygodnego. Nogi mnie paliły, w płucach brakowało powietrza, marzyłam o tym, żeby się zatrzymać. A potem, kiedy powinno być jeszcze gorzej, bo zaczęło się podejście na Łabski Szczyt, podniosłam głowę. 

I to wystarczyło. Podniosłam głowę i zapragnęłam znaleźć się u góry, nie po to, żeby mieć za sobą najdłuższe i najwyższe podejście na trasie, ale po to, żeby tam być i na chwilę dać się oszołomić widokom. To takie proste.

Przynajmniej do czasu, kiedy jestem już na górze. Oddech spowalnia, można wrócić do biegu, więc
o podziwianiu widoków nie ma mowy. Kątem oka widzę ogarniającą mnie przestrzeń i nie chcę się zatrzymywać. Chcę biec.  Na szczęście zanim całkowicie mnie poniosło, przypomniałam sobie, że warto by coś zjeść. Jeszcze chwila, żołądek by się zbuntował i byłoby po zabawie. Zmuszam się do przełykania żelu, walczę ze sobą jeszcze bardziej niż na podejściu, ale wiem, że jeśli nie będę jadła, skończy się na Mardule. Od tej pory pamiętam już, żeby żel wciągać regularnie, nie czekając na oznaki głodu.

Zaczynam zbieg. Beznadziejna w tym jestem. Ktoś do mnie krzyczy, żebym się rozluźniła, że to pomoże. Próbuję i faktycznie pomaga, ale zbiegiem i tak nie można tego nazwać. Dopóki nie przyjdzie dzień, w którym odważę się schować strach do kieszeni, będę tracić na biegach górskich. Na zbiegu do Odrodzenia wyprzedza mnie ze sto osób.

Od wodopoju zaczynam odrabiać. Powoli i stopniowo, kiedy tylko się da to biegnę lub truchtam. Byle tylko przebierać nogami. Nie zatrzymuję się i nie zwalniam. No może poza jednym wyjątkiem, kiedy uderza mnie widok z góry na Samotnię. Boże, jak pięknie! Wyciągam komórkę, skoro i tak prawie wszyscy mnie wyprzedzili, to będę miała chociaż zdjęcie. 

Zdjęcie, zwłaszcza z moim paluchem, zdecydowanie nie oddaje tego, jak było pięknie.

piątek, 25 kwietnia 2014

W życiu piękne są tylko chwile.. na trasie Biegu Marduły

Zdaję sobie sprawę, że mój start w Biegu Marduły to trochę jak porywanie się z motyką na słońce, ale jest to silniejsze ode mnie. To pogoń za marzeniem . Jedyne co mogę zrobić, to pracować ciężko, żeby potem móc się cieszyć krótkimi, pięknymi chwilami.

Wiem, że będzie bolało. Wiem, że będę myślała, że nie dam rady, że beznadziejna jestem ja i całe to bieganie w górach. Ale wiem też, że kiedy wybiegnę wysoko, to będzie moja chwila. Wiem to i dlatego średnio śpię w noc poprzedzającym moje pierwsze, biegowe zetknięcie z trasą biegu Marduły. Denerwuję się. Nie biegnę sama, co z jednej strony mnie uspokaja, a z drugiej stresuje jeszcze bardziej, bo biegnę z kimś dla kogo Tatry to dom i kto może mi powiedzieć „Dziewczyno co ty tutaj robisz?”. Boję się tego jak cholera.

Spotykamy się na stacji benzynowej, potem szybka rozgrzewka i dowiaduję się jaki jest plan. A plan to dwa lub dwa i pół z czterech głównych podbiegów na trasie Biegu Marduły, w zależności od tego czy dam radę. Niestety ze względu na panujące warunki bez wbiegania na Karb i Przełęcz  Świnicką. Myślę sobie, że szkoda, ale zaraz potem zaczynamy wbiegać na Nosal.  Rozmawiamy.  Z każdym mijanym metrem dostaję cenne wskazówki i z każdym mijanym metrem myślę sobie, że nie dam rady. To dopiero pierwszy podbieg, a mnie już palą czwórki, już nie mam czym oddychać. A potem wbiegamy na szczyt. Sceneria jest delikatnie inna niż ta z pocztówek, chmury wiszą nisko nad górami. Zachwycam się po raz pierwszy tego dnia i słyszę, żebym poczekała z zachwytami, aż pobiegniemy w górę. To może być jeszcze piękniej?  Dostaję krótką lekcję panoramy, podsumowanie pierwszego podbiegu: 200 metrów przewyższenia, na krótkim odcinku, mam sobie wyryć w pamięci, że nie wolno mi się tutaj spalić. A potem Magda pokazuje palcem kolejny cel, a ja drugi raz w ciągu kilkunastu minut myślę sobie, że nie dam rady. Nie mówię tego głośno. Zaczynamy zbiegać i po od razu po raz trzeci myślę co ja tu robię? Utknęłam na chwilę gdzieś między skałami i nie wiem jak się ruszyć. Jakoś mi się udaje, ale jestem przerażona. Lecimy. „Musisz być jak sarenka”. Że co? „Że luźno, że bez strachu, ale musisz też być przygotowana i skupiona”. Ja jak sarenka? Dobre. Mowy nie ma. Ale lecę. Dobiegamy do Kuźnic i zaczynamy drugi podbieg przez Jaworzynę na Halę Gąsienicową. Tym razem przewyższenie ma 500m, ale nachylenie jest łagodniejsze, choć podbieg tylko zaczyna się niewinnie, bo potem jest coraz wyżej i coraz trudniej, ale przecież nie można się tak po prostu zatrzymać. Biegniemy więc dalej. Im wyżej, tym większy odczuwam spokój. Jest trudno, oddech staje się coraz cięższy, nogi zresztą też, ale biegnie się coraz łatwiej.  Chłonę kolejne wskazówki i czekam na nagrodę. Dostaję ją, kiedy wbiegamy na Halę Gąsienicową. Cała jest jeszcze pod śniegiem, jest szaro i buro, ale poza nami nie ma tam nikogo. Chwilo trwaj.



niedziela, 15 grudnia 2013

Cross Fit, a moja strefa komfortu.

Zamykam oczy, właściwie zaciskam je z całych sił. Mój syn tak robi, kiedy chce się szybko schować. Nie ma go i już. Proste. Ja moje zamykam, ale nie udaje mi się zniknąć.  Nade mną kilka głosów łączy się w jeden wielki krzyk.

 „Dasz radę!”

„Jeszcze tylko dwie minuty, potem nie ma już nic!”

 „Dajeeesz!”

„Szybciej!”

I jeszcze wiele innych niecenzuralnych...

Chciałabym ich nie słyszeć. Oczy mam zamknięte, ale nie przestaję robić brzuchów. Właśnie w tej chwili myślę, że kocham i nienawidzę rywalizacji drużynowej i jeszcze, że nienawidzę cross fitu. Mimo, to napierdzielam brzuchy crossfitowe z całych sił (dotykając rękoma  podłogę za głową oraz przed nogami). Mam wrażenie, że to cała wieczność.  Żeby nie było zbyt kolorowo, to nie koniec. Od razu po brzuchach były jeszcze burpees, tak na dobicie. Dobić też chciałam sędzię, za nie zaliczenie ostatniego powtórzenia, bo nie było klaśnięcia u góry…

 Bolało.

Kiedy dwa tygodnie wcześniej odebrałam maila z informacją o regionalnych zawodach cross fit i obowiązkowym moim udziale, pomyślałam sobie „Akurat”.  Ponieważ jednak „No excuses” w mojej firmie tłumaczone jest dosłownie, nie było zmiłuj.  Każdego dnia moje osobiste strefy komfortu są poszerzane, czasem zastanawiam się kiedy pęknę… Tym razem robiłam swoje.  Na życzenie udanych treningów prychnęłam głośno. W dwa tygodnie przygotować się do zawodów? No fucking way. Postanowiłam nie dać się zwariować. Robiłam swoje. Nic ponad mój plan biegowy, stabilizację, pompki i brzuchy. Pozostali członkowie ekipy próbowali wyciągnąć mnie na wspólny trening, ale byłam uparta. Wyszłam z założenia,  że w dwa tygodnie to ja się najwyżej kontuzji mogę nabawić, a nie wznosić na wyżyny moją wytrzymałość siłową. Może i patrzyli na mnie spode łba, ale co mieli mi powiedzieć? Kiedy dzień przed, na koniec pracy przebrałam się w ciuchy biegowe, usłyszałam, że chyba nie mam zamiaru biegać w wieczór przed zawodami? A właśnie, że miałam. 


Kto mnie zmusi do dawania z siebie wszystkiego poza mną samą? Do tego nie wystarczy wysłać maila. Jeszcze przy rozgrzewce powtarzałam sobie, że będę ćwiczyć tak, żeby na drugi dzień móc wyjść na trening. Potem ktoś zmienił muzykę, a z muzyką zmieniło się wszystko. Czułam się jak wojownik, czekający na ostateczne starcie. Poważnie. Po pierwszej konkurencji co prawda myślałam, że nie wstanę, a na pewno nie będę w stanie jeszcze podejść do dwóch kolejnych, tylko po to, żeby zaraz liczyła się tylko moja drużyna, krew, pot i łzy. Po wskokach na box, byłam jeszcze bardziej pewna, że nie dam rady, że wszystko boli, ale potem była trzecia konkurencja i trzeba było dać radę. Na drugi dzień bolały mnie mięśnie i gardło od krzyku. Nie wiem co bardziej. Kiedy jesteś przyzwyczajony do samotności na treningach, do dialogu z samym sobą na trzydziestym piątym kilometrze maratonu, do walki na ostatnich metrach tylko dla własnej satysfakcji, odpowiedzialność za drużynę jest stanem nienaturalnym, ale jest też bodźcem bardzo motywującym. Nie możesz odpuścić, nawet jeżeli boli. To niesamowite.  Schowałam to doświadczenie głęboko, tak żeby o nim nie zapomnieć i mam zamiar przywołać te krzyki, kiedy następnym razem sama siebie wypchnę poza strefę komfortu, co wydarzy się niebawem, bo plany biegowe na nowy rok nie pozostawiają innej możliwości.

Źródło: http://www.onefabulouslife.com, photo via http://www.prepbeijing.com/

sobota, 16 marca 2013

Nie ma bólu co nie boli, czyli za co kocham interwały.



Pierwszy trening interwałowy po przerwie. Wstaję rano, przez głowę przemykają myśli o zdezerterowaniu, zamianie treningu na jakieś przyjemne człapanie. Po co mi interwały, skoro na nabiegałam żadnej bazy? Kalkuluję, że może na początek zamiast dwunastu czterystetek wystarczy dziesięć, albo osiem. Na parkingu dochodzę do wniosku, że w sumie sześć też będzie ok. Chyba nigdy nie moja rozgrzewka nie była tak długa i solidna. Odwlekałam moment zmiany tempa o kolejne metry i  sekundy. W końcu przestaję się cyrtolić. Pierwszy odcinek asekuracyjnie kilka sekund wolniej niż na początku zakładałam. Nie było tak źle. Przy drugim wskakuję na właściwe tempo i zaczyna się zabawa. Po czwartym wydłużyłam przerwę dwukrotnie, ale już wiedziałam, że żadnego skracania treningu czy odpuszczania nie będzie. Czułam, że dam radę. Muszę i nie mam innego wyjścia. Kolorowo nie było, od pierwszej sekundy przyspieszenia nerwowe zerkanie na mijane metry i wielkie odliczanie. Najpierw do połowy dystansu, potem do połowy z połowy, ostatnie sto, pięćdziesiąt, dwadzieścia i dziesięć metrów. I tak za każdym razem. W kółko też liczenie skoro mam już cztery to jeszcze tylko osiem. Osiem nie jest straszne tylko dlatego, że to przecież tylko dwa razy cztery. Jest pięć, czyli zostało siedem. Jeszcze tylko jeden i będzie połowa. Po szóstym było z górki, po piątym zostało już tylko banalne cztery. Przy dziesiątym kryzys, duch wyzionięty, serce skacze obok. Skoro mam dziesięć to po co mi te dwa? Co one mogą zmienić? To tylko osiemset metrów. Żeby nie mieć siły myśleć podkręcam tempo i na koniec prawie umieram. Pięknie było.

Uwielbiam interwały.

  • Za to że wykańczają.

  • Za to, że mam poczucie dobrze odwalonej roboty.

  • Za to, że w trakcie mam siłę myśleć tylko o wysiłku na najbliższe kilka minut, myślenie o całym treningu zabiło by mnie na miejscu.

  • Za to, że to przecież „tylko” sklejanie krótkich odcinków :)

  • Za to, że kiedy wątpię czy jestem w stanie przebiec 10 kilometrów poniżej 46 minut, mogę sobie powiedzieć, że przecież na treningu biegam połowę w czasie szybszym, tylko podzielonym na odcinki.

  • Za to, że zawsze po włączeniu ich do planu, nogi się nakręcają i kręcą się coraz szybciej.

Interwałów teraz będzie sporo. Z bólem serca, ale maraton musi poczekać do jesieni. Nieprzygotowana nie pobiegnę. W najbliższym czasie czekają inne wyzwania i cele. Na początek wspólny start z Blog@czami w sztafecie Accreo Ekiden. Zostało kilka tygodni, żeby rozkręcić nóżki!

niedziela, 30 grudnia 2012

Postanawiam i życzę




Z postanowieniami noworocznymi jest trochę jak z przymusowym odsłuchiwaniem Last Christmas – idea jest całkiem do rzeczy, niestety tylko do momentu, kiedy to my przestajemy decydować kiedy słuchamy oraz kiedy i jak wyznaczamy sobie cele czy postanowienia.  



Jeśli naprawdę czegoś chcemy samo wypełnienie listy „TO DO” jeden raz w roku nic nie zmieni poza spowodowaniem frustracji, kiedy za rok będziemy przepisywać te same, często nudne punkty. Tak przynajmniej było u mnie. Co roku: schudnąć, nie być zołzą, oszczędzać, ćwiczyć, nie jeść słodyczy. Co roku wiara ogromna, że tym razem będzie inaczej utrzymywała się średnio do pierwszego tygodnia stycznia, a potem było machnięcie ręką i zero walki o realizację postanowień, bo przecież i tak się nie uda. Jak zwykle.

Nie robię już listy, ale czasem warto mieć na czarną godzinę, spisane czarno na białym to jak chcesz i lubisz żyć. U mnie znalazło się na to miejsce na pierwszej stronie w nowiutkim kalendarzu. Z nowym kalendarzem jest podobnie jak z postanowieniami, jest piękny i perfekcyjny nie dłużej niż do końca stycznia, ale i tak uwielbiam  te momenty zapisywania pierwszych kartek. Zawsze równo, zawsze według schematu, a potem nadchodzi czas kiedy wszyscy kończą urlopy i nie ma już czasu na równo i pięknie.  O czym będę pamiętać w Nowym Roku? O tym o czym pamiętam od jakiegoś czasu i bardzo się pilnuję, żeby o tym nie zapominać:

Będę szczęśliwa każdego dnia, ponieważ mam zamiar konsekwentnie nie przejmować się duperelami, każdego dnia na dzień dobry uśmiechać się do siebie, nawet jeśli odbicie w lustrze nie wygląda na chętne do oddania uśmiechu.  Co więcej, nadal będę uśmiechać się także do innych. To pomaga przeżyć dobrze dzień.  A zołzą i tak będę, bo czasem lubię po prostu.  Będę pamiętać o Carpe Diem i o tym, żeby kochać to co mam. Będę marzyć i realizować kolejne cele, to daje siłę, wiarę i satysfakcję i sprawia, że kiedy nadchodzi Nowy Rok, nie sporządzam bezsensownej listy, która nigdy się nie wypełni. No i przebiegnę maraton. Ostatnie, ale na pewno nie najmniej ważne. I na pewno nie raz jeszcze o tym napiszę.

Wszystkim Biegającym i Czytającym życzę satysfakcji z realizacji celów, samych spełnionych marzeń, powalających życiówek, pokonywania własnych barier, zachwycających ścieżek biegowych i mnóstwa frajdy z godzin spędzanych na treningach :)

wtorek, 23 października 2012

Tatry lekiem na całe zło



Jak napisałam, tak zrobiłam. Spakowałam buty, garmina, rodzinkę i go pod samiuśkie Tatry. Zafundowałam nam prawie dwustu kilometrową wycieczkę w poszukiwaniu pozytywnej energii poza szlakami górskimi. Młody jest już za duży, żeby go nieść i za mały, żeby być w stanie przejść kilka kilometrów w górskich warunkach. Wszystko jednak przed nami. Na razie szczyty podziwiamy głownie z Doliny Suchej Wody w Małym Cichym, które dla mnie jest moim małym rajem. W niczym nie przypomina Zakopanego z całymi tymi tłumami. Zawsze ma w ofercie święty spokój, czyli dokładnie to, czego najbardziej mi potrzeba. Tym razem pobyt był w pigułce. Dwadzieścia cztery godziny ładowania baterii, luzu, śmiechu do bólu brzucha, spacerów. Bieganie też miało swoje pięć minut :) 

Najpierw w niedzielę podczas porannego spaceru z chłopakami udało mi się po lekkiej rozgrzewce zrobić kilka podbiegów i przebieżek. Młody próbował mnie gonić na swoich małych nóżkach za każdym razem kiedy odbiegałam, piszczał z radości jak nadbiegałam, coś niesamowitego :) Najlepszy był, jak próbował mnie naśladować przy rozciąganiu. Ubaw mieliśmy po same pachy. 



sobota, 8 września 2012

Dzień Marzyciela



Dyzio marzyciel

Położył się Dyzio na łące,
Przygląda się niebu błękitnemu
I marzy:
"Jaka szkoda, że te obłoczki płynące
Nie są z waniliowego kremu...
A te różowe -
Że to nie lody malinowe...
A te złociste, pierzaste -
Że to nie stosy ciastek...
I szkoda, że całe niebo
Nie jest z tortu czekoladowego...
Jaki piękny byłby wtedy świat!
Leżałbym sobie, jak leżę,
Na tej murawie świeżej,
Wyciągnąłbym tylko rękę
I jadł... i jadł... i jadł...".

No tak. Bo dziś jest Dzień Marzyciela, o czekoladzie marzę nie tylko dziś. Miłość do czekolady jest jednym z powodów, dla których biegać zaczęłam :) 

Podobno 8 września jest też Dniem Dobrych Wiadomości,  niestety chyba nie dla mnie, a na pewno nie w tym roku. Jutro, ponieważ nie udało mi się pojechać do Krynicy,  miało być 10k w przyjemnie zapowiadającej się, darmowej imprezie w Orzeszu, już zacierałam rączyska me niecierpliwe na łamanie 50 minut,  ale właśnie otrzymałam wiadomość, że nie będzie to możliwe… Buuuu… Uwielbiam biegać, ale przede wszystkim jestem mamą i jutrzejszy mój dzień muszę poświęcić mojemu Królewiczowi. 50 minut poczeka na inny moment.

Zadowalam się Dniem Marzyciela. Jak się nie ma co się lubi to się lubi co się ma. Zresztą ja lubię  planować i czasem bujać w obłokach też. W obłoki wysokie niesie mnie informacja o biegu na Babią Górę. Co ja z nią mam to nie wiem.  Czytałam wiele relacji z biegów górskich i wszystkie budziły we mnie emocje i motywację (już nie mogę się doczekać tych z Krynicy…), ale odkąd dowiedziałam się o biegu na Babią (22.09.2012), wiem że chcę i muszę to zrobić. Nie w tym roku,  liczba startujących jest ograniczona i prawie zamknięta, zresztą poza sercem i ambicją mam jeszcze coś takiego jak rozum i wiem, że to skończyłoby się źle – kto by mnie z Diablaka zniósł?  Pragmatyzm górą i od marzenia do celu, bo „cel to zadanie, które wyznaczamy naszym marzeniom”.  Za rok wbiegam na Babią i już. Już wcześniej myślałam sobie, aby od czasu do czasu, raz lub dwa w miesiącu, śmignąć na trening w Beskidy. Na razie mi się nie udało i okazuje się, że może nie być o to tak łatwo, znalazłam sobie więc inne obiekty nadające się do ćwiczeń podbiegów o ekstremalnym nachyleniu. Tuż obok domu, jak się postaram to kamieniem dorzucę.  Długość i podłoże może nie te same, ale są na wyciągnięcie ręki. Hałdy górnicze - wpisuję na trasy treningowe. Z tej na Murckach nawet widać Babią :)




Sił starczyło na połowę...
Nie jedno marzenie mam. Lista marzeń biegowych wydłuża się w tempie proporcjonalnym do przebiegniętych kilometrów, ale pamiętając o sentencji "Chcesz rozbawić Boga to opowiedz mu o swoich planach", najpierw zrobię A, a potem zacznę głośno myśleć o B. Do debiutu półmaratońskiego w Silesia Półmaraton zostało 29 dni i cztery tygodnie treningu, które mają mnie przybliżyć do ładnego złamania 2h, czyli tyle poniżej ile się da :)