niedziela, 11 stycznia 2015

2014. Jedna piąta roku poza domem.


Przełom roku można lubić albo nie. Można odciąć się grubą krechą od tego co było i wystartować
z symbolicznym nowym rokiem, można też chować się pod kołdrą przed tykającym jak bomba zegarowa czasem. Ważne, że jest wybór. Można też starać się żyć tak, aby uciekający czas nie wywoływał epilepsji. Nie marnować czasu na pierdoły, nie zamartwiać się duperelami, nie truć rzeczami na które nie mamy wpływu. Zamiast wyrzutów, że coś poszło nie tak, następnym razem zrobić to po prostu lepiej  i przede wszystkim robić jak najczęściej to co kochamy najbardziej. Proste.

Nie napisałam tego, żeby tu nagle po kilku miesiącach ciszy zupełnej truć banałami. Napisałam, żeby było i kłuło w oczy. Mnie przede wszystkim. Zwłaszcza, kiedy przyjdzie mi do głowy robić inaczej niż napisałam wyżej.

2014 to był dobry rok. Może i było trochę (albo i dużo) za dużo pracy i stresu, za mało trenowania i przynoszących radochę osiągniętych celów, ale to przecież można wcale nie tak trudno zmienić.
 Było za to coś, czego zmieniać nie zamierzam: 69 cudownych dni spędzonych tu i tam,  w pięknych miejscach, z najlepszymi ludźmi, dni poświęconych na to, co uwielbiam: góry (48!!! dni), bieganie, nowe miejsca, a to wszystko z Chłopakami moimi. To jedna piąta roku. Jak mi się to udało nie wiem, ale mam zamiar to powtórzyć.  Pięknie było. I co z tego, że teraz już wiem, że nie dorobię się nigdy, no bo jak? Przecież im więcej zarobię, tym więcej mnie nie będzie w domu… Dobrze mi z tą myślą. Teraz trzeci tydzień siedzę uziemiona w domu, oglądam zdjęcia i gęba mi się śmieje. Tego, co było nie zabierze mi już nikt.  Kilka miesięcy temu pisałam tutaj o chwilach idealnych i o tym, że trzeba robić tak, żeby była ich cała fura. Ameryki nie odkryłam, wiem, ale moją furę mam.

Ja , sama!, na środku Czarnego Stawu Gąsienicowego. Do tego podczas treningu biegowego. Uwielbiam wracać do tego.

Ja, sama!, o poranku w beskidzkim, czasem tatrzańskim lesie. Coś co rok temu by się nie wydarzyło. Dziś to jedne z najlepszych momentów minionego roku, kiedy po prostu wsiadałam do auta nad ranem, żeby pobiegać sama w lesie, zmasakrować się na Skrzycznem, Klimczoku czy drodze do Murowańca, bez medali i rekordów. Tylko tak po prostu.


Albo to. My, sami!, na Zawracie. Do tego mgła, groza i adrenalina. Było pięknie, choć wcale niewesoło, kiedy buty do biegania ślizgały się po zalegającym śniegu, a śnieżyca przy Zmarzłym Stawie, pozwoliła uwierzyć, że można się zgubić w naszych pięknych Tatrach.


Mogłabym tak co najmniej 48 razy, tyle ile w dni w górach, tyle wymagających ochów i achów wspomnień by się znalazło.. Nie przeszło mi. Oprócz samego bycia w nich czy biegania, jest jeszcze jedna niesamowita rzecz – słuchanie jak trzylatek mówi: „chodźmy tam wyżej, tam będzie piękny widok”.  Zwłaszcza jak  udaje mi się połączyć trening z byciem z chłopakami, a w ubiegłym roku, szło to całkiem nieźle. Wspólne wypady biegowo-rowerowe po dolinach, wspólne wycieczki górskie – chłopaki kolejką do góry, ja biegiem. To wszystko da się połączyć.  Może i zawaliłam realizację planu treningowego, zadowolona z tego powodu nie jestem, ale frustrować się nie zamierzam. To był dobry rok, biegowo też.



 O planach na nadchodzący rok za to nie ma co pisać. A jeszcze kilka tygodni temu było działo się w mojej głowie i w mięśniach też. Trzy tygodnie nad morzem w zasadzie bez biegania, bo tylko prze kilka dni byliśmy w trójkę, potem nie było już jak. Ale jak się nie ma co się lubi, to można… polubić basen na przykład. Trzy tygodnie równa się około 30 godzin na basenie, z czego znaczna część sam na sam z Młodym zaopatrzonym w kółka, motylki i inne wynalazki w rytm tam i z powrotem. Oszaleć można. I oszalałam chyba, bo od tego kręcenia się tam i z powrotem, przeszło mi nawet przez myśl, że może jakiś TRI kiedyś (ja to napisałam???). Kto to wie? Trzy tygodnie nad morzem to też 20 popołudniowych drzemek Młodego, podczas których uczyłam się z TRX-em mięśni, o których dawno zapomniałam. Tak, chyba nigdy nie spędziłam tyle czasu na ćwiczeniu mięśni głębokich, stabilizacji, ale też siły. Za każdym razem, jak cała trzęsłam się przy desce bokiem, tyłem i czym tam jeszcze, widziałam siebie jak drałuję jak czołg pod górę albo jak lecę w dół zimą w Karkonoszach albo latem w Tatrach…


A teraz trzeci tydzień siedzę i nic nie robię. Takie życie kolorowe. Nic to. Jakoś to ogarnę.

sobota, 9 sierpnia 2014

Maraton Karkonoski. Krótka opowieść o zakochaniu.

Maraton Karkonoski zadziałał na mnie jak środek odurzający. Do dziś jestem na haju. Uśmiecham się na samą myśl o sobotnim bólu, a fragmenty trasy stają mi oczami wielokrotnie w ciągu dnia. Naćpałam jestem bieganiem i chyba nie wszyscy to rozumieją. Na przykład pewien znajomy biegacz po uprzejmym wysłuchaniu moich ochów i achów spojrzał uważnie i zapytał: A co ty robiłaś na trasie 7 godzin? Jak to co robiłam? Biegłam.

Nie do końca jest  to prawdą.  Do marszu przeszłam na pierwszym podbiegu / podejściu stokiem na Szrenicę. Trzymałam się dzielnie truchtu przez pierwszych 300 metrów, potem nie miało to najmniejszego sensu. Miałam wrażenie, że znacznie szybciej pokonuję kolejne metry idąc. Kiedy tylko stok pozwala, wracam do truchtu. Chcę jak najszybciej dotrzeć do punktu kontrolnego na Śnieżnych Kotłach. Czeka mnie ok. 850 m przewyższenia i 6,5 km do pokonania. Dużo czasu, ale chcę mieć to jak najszybciej za sobą, żeby potem biec już spokojnie i cieszyć się biegiem. Po Biegu Marduły i wyścigiem z nieubłaganym limitem czasu ewidentnie została trauma. Cisnę znacznie szybciej niż trzeba i przede wszystkim znacznie szybciej niż powinnam i niż pozwalają mi moje możliwości. Na efekty nie czekałam długo, jeszcze przed Schroniskiem pod Łabskim Szczytem miałam ułożoną listę powodów, dla których się wycofałam. Szłam do przodu tylko dlatego, że wciąż nie wybrałam tego najbardziej wiarygodnego. Nogi mnie paliły, w płucach brakowało powietrza, marzyłam o tym, żeby się zatrzymać. A potem, kiedy powinno być jeszcze gorzej, bo zaczęło się podejście na Łabski Szczyt, podniosłam głowę. 

I to wystarczyło. Podniosłam głowę i zapragnęłam znaleźć się u góry, nie po to, żeby mieć za sobą najdłuższe i najwyższe podejście na trasie, ale po to, żeby tam być i na chwilę dać się oszołomić widokom. To takie proste.

Przynajmniej do czasu, kiedy jestem już na górze. Oddech spowalnia, można wrócić do biegu, więc
o podziwianiu widoków nie ma mowy. Kątem oka widzę ogarniającą mnie przestrzeń i nie chcę się zatrzymywać. Chcę biec.  Na szczęście zanim całkowicie mnie poniosło, przypomniałam sobie, że warto by coś zjeść. Jeszcze chwila, żołądek by się zbuntował i byłoby po zabawie. Zmuszam się do przełykania żelu, walczę ze sobą jeszcze bardziej niż na podejściu, ale wiem, że jeśli nie będę jadła, skończy się na Mardule. Od tej pory pamiętam już, żeby żel wciągać regularnie, nie czekając na oznaki głodu.

Zaczynam zbieg. Beznadziejna w tym jestem. Ktoś do mnie krzyczy, żebym się rozluźniła, że to pomoże. Próbuję i faktycznie pomaga, ale zbiegiem i tak nie można tego nazwać. Dopóki nie przyjdzie dzień, w którym odważę się schować strach do kieszeni, będę tracić na biegach górskich. Na zbiegu do Odrodzenia wyprzedza mnie ze sto osób.

Od wodopoju zaczynam odrabiać. Powoli i stopniowo, kiedy tylko się da to biegnę lub truchtam. Byle tylko przebierać nogami. Nie zatrzymuję się i nie zwalniam. No może poza jednym wyjątkiem, kiedy uderza mnie widok z góry na Samotnię. Boże, jak pięknie! Wyciągam komórkę, skoro i tak prawie wszyscy mnie wyprzedzili, to będę miała chociaż zdjęcie. 

Zdjęcie, zwłaszcza z moim paluchem, zdecydowanie nie oddaje tego, jak było pięknie.

poniedziałek, 23 czerwca 2014

Słodko-gorzki smak Biegu Marduły.

Dwa tygodnie zbierałam się po Biegu Marduły. Przez czternaście dni popadałam ze skrajności w skrajność.  Od radości, że się udało, aż do poczucia porażki. Nie mogłam się zdecydować do dziś. 

Dziś już wiem, ale żeby wiedzieć, musiałam w Tatry wrócić…

Tatry  i Bieg Marduły były marzeniem i gdybym tak potraktowała ten start, to nie mogło być lepiej.

Wieczór przed kończę niezwykłego „Ultramaratończyka” Deana Karnazesa. Czytam o fenomenalnym biegaczu i fenomenalnej sile pokonywania kryzysów. Kiedy budzę się rano na mojej ręce wypisany długopisem ląduje fragment cytatu z książki „To ma boleć!”. Jadę na start z bojowym nastawieniem do walki. Celem numer jeden jest ukończyć bieg w limitach czasowych, ale mam zamiar zrobić to tak, żeby było jak najlepiej i po cichu przeliczam czasy. Jestem tak skupiona, że kontakt ze mną jest co najmniej średni.  Mąż szybko zostawia mnie samą, odpuszczam też przedstartowe pogawędki ze znajomymi. Myślę o tym, że chcę już być na trasie. 

Ustawiam się tam, gdzie moje miejsce w szeregu i obstawiam tyły.

Pierwsze dwa kilometry asfaltem ciągną się niemiłosiernie, ale jeszcze bardziej ciągnie się podbieg, a raczej podejście na Nosal. Stoję w korku już od pierwszego stopnia i trochę żałuję, że jednak nie ustawiłam się nieco bliżej linii startu. Zwłaszcza, kiedy słyszę pytania o to, czy ktoś wie czy dalej będzie łatwiej? Poważnie?!  

Mogłam biec jak On, Marcin Świerc nie miał problemu z tłokiem na szlaku :) Fot. R. Pacoń


Stawiam nogę za nogą i irytuję się, bo chcę i mogę szybciej. A potem wtaczam się na szczyt, jedno krótkie spojrzenie i jestem w innym świecie. Góry w porannym, dopiero obudzonym słońcu są przepiękne. Jedno spojrzenie i wszystko wydaje się prostsze,  codziennie przecież wystarczy otworzyć oczy  i cieszyć się życiem. Tylko tyle.


Zaczyna się zbieg. Najpierw oczekiwanie w kolejce na zejście, a potem w drogę. Po frustracji ani śladu, teraz jest już tylko miejsce na zabawę. Nic nie daje takiego poczucia wolności jak zbieganie. Te chwile, kiedy rozpędzasz nogi, nie napinając się przy każdym kroku, kiedy dostosowujesz się do podłoża, które napotykasz, kiedy stykasz się z nim tylko na sekundę, żeby pofrunąć dalej. Było pięknie. Przynajmniej do czasu, kiedy wszystko się zmieniło.  Chwila nieuwagi. Nadwyrężona, niedoleczona kostka i po zabawie. Jeden fałszywy krok i do końca biegu biegłam z bólem.

Podbieg na Halę Gąsienicową nieoczekiwanie i sama nie wiem kiedy zmienia się w podejście. Ten fragment trasy rozczarował mnie bardzo. Dwa miesiące temu wbiegłam do samego końca.  Co się stało tym razem, nie wiem. Chyba jak zwykle nawaliła głowa. Wszyscy szli, też szłam, chociaż wtedy mogłam jeszcze biec…
Od Przełeczy między Kopami do Czarnego Stawu Gąsienicowego to zupełnie inna bajka. Wiatr we włosach, uśmiech na twarzy i szczęście, że jestem tu gdzie jestem. Biegnie się w miarę lekko, a każde spojrzenie na otaczające szczyty tylko dodaje skrzydeł. Niesie mnie tak, że z udaje mi się lekceważyć narastający ból żołądka i kompletnie zatkane zatoki.

Dobiegam do stawu i cieszę się jeszcze bardziej. Myślałam, że bardziej się już nie da, ale to miejsce tak na mnie działa. Jest magiczne.
Ciężko było się nie odwracać. Fot. A. Tomczyk


Krótkie spojrzenie w górę na Przełęcz Karb  przyprawia mnie o zawrót głowy. Wspinaczka krok za krokiem w upale nie należy do najprzyjemniejszych, ale staram się nie zwalniać. Do przodu i do góry, krok za krokiem, na tyle szybko na ile pozwala mi przeszywający ból żołądka. Otwieram żel, ale chowam go z powrotem, nie dam rady nic przełknąć. Zapominam o nim na chwilę, kiedy jestem na szczycie. Wspaniały widok chce zatrzymać choć na chwilę, ale cudowny doping wolontariusza sprawia, że wszyscy zaczynamy biec J 

Fot. J. Bogucki

W moim przypadku w przypadku zbiegu z Karbia to niestety trochę za dużo powiedziane, bardzo chciałam skończyć bieg, więc nie szarżuję już, kostka wystarczająco mocno daje o sobie znać.

I znów nie wiem kiedy i jak, zostaję sama w najpiękniejszej dolinie w jakiej byłam. Od stawu do stawu, z kamyczka na kamyczek, tylko ja w otoczeniu majestatycznych gór. W tym momencie jestem już świadoma, że jestem w niemałych tarapatach, ale siła gór uspokaja, więc po prostu biegnę i znów się cieszę. W górach wszystko wydaje się prostsze. 




Przynajmniej do czasu, kiedy trzeba się z górą zmierzyć. Podejście na Przełęcz Liliowe to walka z samą sobą, to walka o każdy krok. W głowie miałam tyko trzy słowa: nie zatrzymuj się, nie zatrzymuj się. Doganiam kilka osób, które minęły mnie na zbiegu, kalkuluję czas i zastanawiam się co zrobić, aby zdążyć i zmieścić się w limicie na Kasprowym. Ani chwili nie wątpię, że to zrobię, choć minuty uciekają niemiłosiernie szybko. Doganiam dziewczynę, która próbuje zatrzymać mnie, mówiąc, że to już nie ma sensu, że na pewno nie zdążymy. Jakbym dostała obuchem w głowę. Jak to? Jak to się mogło stać? Płakać mi się chce, ale idę i już się nie zatrzymuję. Powinnam tej dziewczynie podziękować, bo gdyby mnie nie wkurzyła, to pewnie nie miałabym siły przyspieszyć. Wdrapuję się na przełęcz, biegnę, choć wydaje mi się jakbym stała w miejscu, Kasprowy nie chce się przybliżyć ani trochę. Do limitu pozostały już tylko minuty. Biegnę, łzy cisną się do oczu. Kiedy dobiegam do punktu z wodą i słyszę, że punkt kontrolny jest u samej góry, łzy przestają po prostu cisnąć się do oczu, lecą ciurkiem i nie chcą się zatrzymać. Biegnę do góry. Nie wiem skąd mam siłę, ale cisnę ile sił w nogach. Jestem, udało się. Zmieściłam się w limicie czasowym jako ostatni sklasyfikowany zawodnik. Siadam. Oddycham. Znów jestem szczęśliwa. Nigdy tak nie walczyłam, opłaciło się.

Walczę. Fot: R. Pacoń


To co było potem, to kolejna cudowna rzecz w biegach górskich. Ludzie. Słyszę  „Wstawaj, musimy zbiec na dół”. Idę, nie zastanawiając się kto mnie woła. Nieoczekiwanie zbieg i dotarcie do mety, zamieniło się w przemiłe, towarzyskie spotkanie. Gorące podziękowania i pozdrowienia dla Andrzeja i Mirka, dzięki którym dotarłam do mety cała i szczęśliwa.



Pamiętam, że mówiłam chłopakom, że nigdy nie sądziłam, że będę cieszyć się z ostatniego miejsca (finalnie byłam przedostatnim sklasyfikowanym zawodnikiem, po drodze do mety udało mi się wyprzedzić jedną osobę, dwadzieścia pięć osób nie zmieściło się w limicie). Pamiętam, że mówili, że powinnam się cieszyć. I cieszyłam się. Bo to przecież Bieg Marduły. Bo kostka. Bo żołądek. Bo zatoki. Bo za mało treningów. Potem emocje opadły i zaczęłam myśleć, że przecież mogłam zrobić to lepiej. Zamykanie stawki wcale nie jest fajne. Start nabrał dla mnie słodko-gorzkiego smaku.


Potrzebowałam chwili i powrotu w Tatry, żeby odzyskać właściwy punkt widzenia. Wczoraj na  Świnicy i Zawracie, najpierw znów podziwiając piękno Gór, a potem walcząc o każdy kolejny krok, pośród bijącego śniegu i zawieruchy, na odcinkach, gdzie łańcuchy wciąż przykryte są śniegiem, łzy znów z niemocy cisnęły się do oczu. I znów nie miałam wyjścia, trzeba było zacisnąć zęby i w swoim tempie, krok za krokiem tym razem podążać na dół.

A tak było wczoraj na Świnicy.







czwartek, 29 maja 2014

Biegaczu nie jesteś w tłumie sam, czyli zasady kulturalnego biegania.


Pamiętam mój pierwszy start w biegach ulicznych jakby to było wczoraj, a nie sześć lat temu. Wszystko zrobiłam nie tak. Z przejęcia, szoku i niewiedzy utrudniłam start sobie i innym wokół mnie.

To, że na start w temperaturze wczesnojesiennej ubrałam kurtkę odbiło się tylko na mnie, ale tak się nie robi. Od tamtego razu wolę ubrać na siebie za mało niż za dużo.

To, że nie skonfigurowałam sobie systemu Nike + po zakupie i przez pół roku byłam święcie przekonana, że biegam szybciej niż w rzeczywistości, odbiło się na tylko  moim ego. Ciężko było mi po tym starcie się otrząsnąć i przyjąć do wiadomości, że czas 59:19 na dyszkę to na tamten moment szczyt moich możliwości.

To, że siałam panikę totalną, krzyczałam na męża, że na pewno się spóźnimy , jak również trema i przyspieszone bicie serca na starcie, było wtedy, jest i pewnie będzie za każdym razem. 

Nigdy jednak nie zapomnę tego osamotnienia w tłumie, kiedy wydawało mi się, że jestem tą jedną, jedyną osobą, która biegnie pierwszy raz.

Nie zapomnę też jak czułam się po pierwszym przebiegniętym kilometrze, porwana przez falę biegaczy biegających o niebo szybciej ode mnie. Tak, jak głupia ustawiłam się z przodu. Nie w pierwszym rzędzie, ale znalazłam się zdecydowanie nie w tym miejscu co trzeba.  Umierałam przez kolejne dziewięć kilometrów. To raz. I utrudniłam szybki start co najmniej kilkunastu, jeśli nie kilkudziesięciu osobom. To dwa.  Wstyd, wiem.  Od tamtej pory, wolę ustawić się dalej od linii startu niż bliżej i zawsze pamiętam, że nie jestem w tłumie sama. Prawdopodobieństwo, że moja samolubność, każdy krok i każde zatrzymanie w niewłaściwym miejscu wpłynie na wynik innego biegacza jest niemałe. Zresztą równie wysokie jak to,  że inny biegacz zatrzyma mnie w drodze do upragnionego wyniku .Na szczęście nie wszyscy muszą uczyć się na własnych błędach. 

Zasady kulturalnego biegania według Blog@czy.

1.       Nie startuj w zawodach jeśli nie jesteś do tego uprawniony. Organizatorzy muszą zapewnić przestrzeń, bezpieczeństwo i inne świadczenia każdemu uczestnikowi. Właśnie temu służą zapisy i opłaty startowe.

2.       Respektuj strefy startowe przygotowane przez organizatora.

3.       Jeśli nie wyobrażasz sobie biegania bez muzyki, słuchaj jej po cichu, by słyszeć co się dzieje wokół.

4.       Jeśli biegnąc w tłumie chcesz zmienić „pas ruchu”, zasygnalizuj to ręką. Jeśli ktoś inny chce zmienić, zrób mu miejsce. Biegaj w miarę możliwości prawą stroną, lewą zostawiając dla szybszych od siebie.

5.       Jeśli w trakcie biegu musisz się zatrzymać – najpierw zbiegnij do krawędzi jezdni, nigdy nie zatrzymuj się nagle na środku drogi.

6.       Zachowaj ostrożność na punktach odżywczych. Jeśli z nich nie korzystasz, obiegnij je po zewnętrznej. Jeśli korzystasz – nie zatrzymuj się nagle, bo ktoś z tyłu może na Ciebie wpaść.

7.       Nie śmieć. Odpadki wyrzucaj tylko w miejscach do tego przeznaczonych, a jeśli takowych nie ma, schowaj do kieszeni. Nie rzucaj kubeczków/butelek pod nogi innych biegaczy.

8.       Nie pluj i nie wydmuchuj nosa bez upewnienia się, że Twoja wydzielina nie trafi w kogoś innego.

9.       Nie ścinaj zakrętów, nie skracaj sobie trasy.

10.   Na zawodach uśmiechnij się (choć czasem!) do kibiców i wolontariuszy. Dzieci kochają przybijanie piątek!

11.   Nie rzucaj się na darmowe – niech napojów na mecie wystarczy dla wszystkich.

12.   Prysznic i pralka przyjaciółmi biegacza. Perfumy lepiej zostawić na inne okazje niż bieg.

13.   Jeśli na treningu inny biegacz Cię pozdrawia – odpowiedz. Podniesienie ręki nic nie kosztuje.

14.   Jeśli biegasz z psem pamiętaj, że nie każdy kocha czworonogi. Trzymaj go na smyczy tak, by inni czuli się bezpiecznie.
15.   Trenując na stadionie pamiętaj, że do truchtania, schłodzenia i odpoczynku między odcinkami bieganymi szybciej służą zewnętrzne tory. Nie blokuj wewnętrznego toru.
16.   Dziel się doświadczeniem, ale nie próbuj leczyć ani trenować nie mając odpowiednich kompetencji.


17.   Szanuj innych biegaczy bez względu na poziom jaki reprezentują.

niedziela, 11 maja 2014

Gimnastyka życiowa, kompromisy i góry.


Od kiedy pogodziłam się z myślą, że sztywne plany treningowe nie są dla mnie, trenuje mi się lepiej. Ponieważ ostatnio nie startuję, wpływu na formę ocenić nie potrafię niestety. Albo i stety. To się jeszcze okaże. Może bym i chciała się sprawdzić, ale nie po drodze mi. Kiedy poświęcasz kilka, kilkanaście godzin tygodniowo na swoje własne, osobiste pasje,  pozwalasz na pasje swojej połówce, wychowujesz trzylatka, pracujesz na etat w korpo, na głowie masz dom, to wcześniej czy później uczysz się dwóch rzeczy. Organizacji czasu po pierwsze i kompromisu po drugie.  Kompromis jest dla mnie sztuką odpuszczania tego co mniej ważne. Działa to całkiem nieźle. Ciągnie mnie do życiówek i startowej adrenaliny, ale na razie wybieram góry i święty spokój. Miesiąc w miesiąc przebiegam ponad 200 km, co do tej pory nie zdarzało mi się nigdy, więc może jednak jakiś efekt treningowy się pojawi. Jakoś to idzie, z tygodnia na tydzień. Logistyka opanowana do perfekcji, zjadacze czasu wyeliminowane, wspólne spędzanie czasu wykorzystywane na maksa. Myślę sobie: daję radę, ogarniam to wszystko jakoś, zajebista jestem. Do czasu oczywiście…

Wystarczy, że jedna rzecz pójdzie nie tak i znów zaczyna się gimnastyka, wypadnie druga rzecz - pojawia się frustracja, leci trzecia i jest załamka. Chore dziecko (w pakiecie z nieprzespanymi nocami), chora opiekunka, maż ma najważniejsze w roku dwa tygodnie w pracy (czytaj poza domem od siódmej do siódmej przynajmniej), ja zawalona robotą, a Bieg Marduły za niecałe 30 dni. Co robić i jak biegać?
Żeby biegać, kiedy jest jasno,  musiałabym wracać z treningu przed wyjściem do pracy małżonka, czyli o 6:30. To oznacza pobudkę mocno przed 5:00. Kiedyś tak potrafiłam, teraz uważam, że dobry sen to jeden z sekretów dobrej regeneracji, a poza tym nie mam siły zwlec się z łóżka o świcie. Oczywiście planuję, że tym razem muszę to zrobić. Przypominam sobie książkowe historie wszystkich dzielnych amatorów i wielkich sportowców, motywuję się jak mogę, a wychodzi tak:

W poniedziałek śpię. W trakcie dnia sztanga w dłonie i dynamiczna siła nóg w 40 minut.

Wtorek nie śpię. Całą noc walczę z kaszlem młodego. Na trening nie idę.

W środę śpię. Czas na trening znalazł się po 22:30. Skąd wzięłam siłę – nie wiem. Wymówkę miałam idealną, żeby nie biegać, przecież boję się kiedy jest ciemno. Na szczęście moja klatka schodowa to 160 stopni. Machnęłam 8 razy i poszłam spać.

W czwartek nawet się budzę, ale i tak nie wstaję. Wyrywam się w trakcie pracy na trzy trzykilometrówki. Udało się zrobić jedną z kawałkiem, zanim telefon zaczął się przegrzewać. Dupa. Na szczęście tak mnie wkurzyli, że po południu musiałam się wyrwać znowu. Po drodze zgarnęłam Ewę i zaliczyłyśmy kilka kilometrów nie tak znów wolnego rozbiegania w rozśpiewanym parku.

W piątek zwycięstwo. Wstaję z budzikiem. Ubieram się i już mam wyjść, kiedy słyszę „Mamo gdzie idziesz?”, chwilę potem „Nie idź, proszę”. Pertraktujemy trochę i robi się 6:30, mąż się lituje, idzie do pracy godzinę później, bawi się z Młodym, a ja zmykam na 8 kilometrów przetruchtanych w słoneczku.

Cały tydzień udało mi się jakoś przetrwać dzięki wizji sobotniego biegania w Szczyrku. Trasa i plan wycieczki ułożony. Ja biegam, mąż jeździ na rowerze, babcia przychodzi do wnuczka. Najpierw dzwoni babcia, że przeprasza i że coś jej wypadło. Potem mąż, że jednak pracuje. Opcji zostawienia dziecka w sobotę z opiekunką w ogóle nie biorę pod uwagę. Mogę albo załamać ręce, albo zrobić swoje. Mąż idzie do pracy na 13:00, mam przecież pół dnia. Chwilę biję się z myślami, bo ja sama w lesie to z zasady nie jest dobry pomysł. Najczęściej za każdym drzewem widzę dzika albo jakieś inne potwory, a każdy trzaska powoduje, że staję na baczność i udaję, że mnie nie ma. Tak mam, albo miałam jak się okazuje. Dłużej musiałam przekonywać męża niż siebie, że dam sobie radę.

W sobotę wstałam o  4:30 bez budzika!!! Piękne słonko, szybka kawka, śniadanko, sprawdzenie czy mapa na pewno jest w plecaku i w drogę.  Wskakuję do samochodu, wyjeżdżam z parkingu i zaczyna lać. I to jak! Myślałam, że wycieraczki nie nadążą zbierać wody. Wracać się, nie wracać? Z cukru przecież nie jestem, jadę. Padało całą drogę. Przestało jak tylko wjechałam do Szczyrku. No, to na pewno jest dobry znak. Trochę dziwnie tutaj jak jest tak pusto, ale jak ma być o 7 rano? Wysiadam z samochodu, włączam garmina i biegnę. Zanim skręcam na szlak patrzę w górę i wizualizuję trasę. Spod Urzędu Gminy niebieskim szlakiem na Skrzyczne, potem zielonym szlakiem na Malinowską Skałę, następnie czerwonym na Przełęcz Salmopolską  i  dalej do przełęczy Karkoszczonka i w górę na Klimczok. Razem 28,5km i 1500 m w górę. Według mapy 9,5h turystyki pieszej, ale wiadomo biegiem będzie szybciej. Nie liczyłam na to, że przebiegnę całość, ale chciałam jak najdłużej podbiegać do polany Jaworzyna. No i podbiegłam może z 400 metrów zanim odezwały się łydki. Zatrzymałam się, zrobiłam piękne zdjęcia i ruszyłam dalej.