Dobiegłam.

Tyle rzeczy
ważnych się wydarzyło po drodze do mojego celu no 1, że samo jego zdobycie
chyba nie wywarło na mnie takiego wrażenia jak powinno. Rano tak nie myślałam.
Już od wczoraj trzęsłam portkami przeglądając prognozy pogody. Kiedy 7 stopni i
deszcz przechodzący momentami w ulewny deszcz stał się faktem, osiągnęłam stan
błogiej równowagi. Bo ja nigdy nie mam z górki i zawsze skaczę (tudzież
wrzucają mnie) na głęboką wodę. Deszcz generalnie w bieganiu nie przeszkadza,
ale deszcz w 7 stopniach przez całe 21 kilometrów do najprzyjemniejszych nie
należy. No nic, wzięłam to na klatę. Tak
jak i dodatkowe kilogramy wynikające z powrotu do starych nawyków, przez
ostatnie dwa tygodnie stres bynajmniej nie biegowy zabijałam zajadaniem. Nawet próbowałam
sobie wmawiać, że przecież gromadzę energię na bieg. Jasne… Tak więc cięższa
deczko, ze świadomością średnio wypracowanych ostatnich dwóch tygodni jechałam
na start. W dodatku do ostatniej chwili przed startem musiałam walczyć zajadle
z Niebiegającym Małżonkiem, żebym koniecznie zostawiła kurtkę i najlepiej
dołożyła jeszcze bluzę i absolutnie nie biegła w krótkich szortach. Przed
startem było to delikatnie mówiąc irytujące, teraz wydaje mi się urocze. Ile
cierpliwości trzeba, żeby stać ponad półtorej godziny w deszczu? Przed samym
startem jeszcze docierały do mnie komentarze o rzekomej trudności trasy, czego
jakoś nigdy nie zauważyłam, a przecież prawie każde wybieganie fundowałam sobie
po trasie dzisiejszego półmaratonu. Tak się zamyśliłam, że nie zauważyłam momentu
startu. I dzięki Bogu! Bo po raz pierwszy nie wystrzeliłam. :)
Powiem więcej, przez
pierwszy kilometr nie udało się za bardzo pobiec. Ścisk i trucht. Podziękowałam
za podbieg, na którym się rozluźniło. Podbieg na trasie w sumie był jeden, mający
prawie 2km z wypłaszczeniem pośrodku. Trasa składała się z trzech pętli, więc
odliczałam od podbiegu do podbiegu. Pierwszy poszedł rewelacyjnie. Szybciej niż
zakładałam. Na zbiegu jeszcze lepiej. Okolice 4:50 – 4:55 utrzymałam do
kolejnego podbiegu. Duża w tym zasługa biegacza spotkanego na trasie, który
podczepił się do mnie, pytając czy też biegnę na 1:46? Co? Nie! No co Ty! Tak szybko?!
Co prawda, był taki plan, aby wyrobić się w 1:50, ale zupełnie nie byłam w
stanie przewidzieć co z tego wyjdzie. Nigdy nie biegłam „szybko” tak długo. A
jednak. Nie myślałam o tym, że trasa trudna, ani o tym, jak mokra jest moja
koszulka i spodenki tak ciężkie, że muszę je co rusz podciągać, aby nie świecić
gołą d..ą, ani nawet o tym że zwolniłam na ostatnim podbiegu i już nie umiałam
się zebrać.
Biegłam. Biegłam w jesiennym
deszczu. Zmęczona i mega zadowolona. Nie było sielanki, kałuże po kostki, ból w udach, odbijający się żel (po co mi był żel na 17km?), ale o to chyba chodzi, żeby nie było zbyt łatwo.
Zmobilizowałam siły, ostatni kilometr
4:46. Żeby nie było zbyt kolorowo przyznam, że przed samą metą dałam się
wyprzedzić Pani z K50, ale walczyłam jak mogłam i to się liczy.
Może ta Pani
biega dłużej niż od maja? Jutro minie pół roku od kiedy wyszłam na pierwsze truchtano
po prawie dwuletniej przerwie. Dużo się wydarzyło w ciągu tych kilku miesięcy,
a ile jeszcze się mam nadzieję wydarzy…
Póki co debiut w półmaratonie uważam za udany: 1:46:23! (17 na 133 kobiety i 7
na 55 w kategorii). A..., i zapomniałabym dodać, że ledwo chodzę ;)