![]() |
| Piękną mamy wiosnę tej zimy :) |
wtorek, 24 grudnia 2013
Wesołych Świąt
W poranek wigilijny tylko porządny trening, bo jaka Wigilia taki cały rok Ja w to wierzę, więc dziś 15 km w tym podbiegi z tętnem jeszcze wyższym, niż myślałam że jest możliwe. Zaklinam jak mogę siłę, żeby plany na nowy rok miały szansę się spełnić. A dziś życzę wszystkim radosnych, spokojnych, ale także biegowych Świąt
niedziela, 15 grudnia 2013
Cross Fit, a moja strefa komfortu.
Zamykam oczy, właściwie zaciskam je z całych sił. Mój syn
tak robi, kiedy chce się szybko schować. Nie ma go i już. Proste. Ja moje
zamykam, ale nie udaje mi się zniknąć. Nade
mną kilka głosów łączy się w jeden wielki krzyk.
„Dasz radę!”
„Jeszcze tylko dwie minuty, potem nie ma już nic!”
„Dajeeesz!”
„Szybciej!”
I jeszcze wiele innych niecenzuralnych...
Chciałabym ich nie słyszeć. Oczy mam zamknięte, ale nie
przestaję robić brzuchów. Właśnie w tej chwili myślę, że kocham i nienawidzę
rywalizacji drużynowej i jeszcze, że nienawidzę cross fitu. Mimo, to
napierdzielam brzuchy crossfitowe z całych sił (dotykając rękoma podłogę za głową oraz przed nogami). Mam wrażenie,
że to cała wieczność. Żeby nie było zbyt
kolorowo, to nie koniec. Od razu po brzuchach były jeszcze burpees, tak na
dobicie. Dobić też chciałam sędzię, za nie zaliczenie ostatniego powtórzenia,
bo nie było klaśnięcia u góry…
Bolało.
Kiedy dwa tygodnie wcześniej odebrałam maila z informacją o
regionalnych zawodach cross fit i obowiązkowym moim udziale, pomyślałam sobie „Akurat”. Ponieważ jednak „No excuses” w mojej firmie
tłumaczone jest dosłownie, nie było zmiłuj.
Każdego dnia moje osobiste strefy komfortu są poszerzane, czasem
zastanawiam się kiedy pęknę… Tym razem robiłam swoje. Na życzenie udanych treningów prychnęłam
głośno. W dwa tygodnie przygotować się do zawodów? No fucking way. Postanowiłam
nie dać się zwariować. Robiłam swoje. Nic ponad mój plan biegowy, stabilizację,
pompki i brzuchy. Pozostali członkowie ekipy próbowali wyciągnąć mnie na
wspólny trening, ale byłam uparta. Wyszłam z założenia, że w dwa tygodnie to ja się najwyżej kontuzji
mogę nabawić, a nie wznosić na wyżyny moją wytrzymałość siłową. Może i patrzyli
na mnie spode łba, ale co mieli mi powiedzieć? Kiedy dzień przed, na koniec
pracy przebrałam się w ciuchy biegowe, usłyszałam, że chyba nie mam zamiaru
biegać w wieczór przed zawodami? A właśnie, że miałam.
Kto mnie zmusi do dawania z siebie wszystkiego poza mną
samą? Do tego nie wystarczy wysłać maila. Jeszcze przy rozgrzewce powtarzałam
sobie, że będę ćwiczyć tak, żeby na drugi dzień móc wyjść na trening. Potem
ktoś zmienił muzykę, a z muzyką zmieniło się wszystko. Czułam się jak wojownik,
czekający na ostateczne starcie. Poważnie. Po pierwszej konkurencji co prawda
myślałam, że nie wstanę, a na pewno nie będę w stanie jeszcze podejść do dwóch
kolejnych, tylko po to, żeby zaraz liczyła się tylko moja drużyna, krew, pot i
łzy. Po wskokach na box, byłam jeszcze bardziej pewna, że nie dam rady, że wszystko boli, ale potem była trzecia konkurencja i trzeba było dać radę. Na drugi dzień bolały mnie mięśnie
i gardło od krzyku. Nie wiem co bardziej. Kiedy jesteś przyzwyczajony do
samotności na treningach, do dialogu z samym sobą na trzydziestym piątym
kilometrze maratonu, do walki na ostatnich metrach tylko dla własnej satysfakcji,
odpowiedzialność za drużynę jest stanem nienaturalnym, ale jest też bodźcem
bardzo motywującym. Nie możesz odpuścić, nawet jeżeli boli. To niesamowite. Schowałam to doświadczenie głęboko, tak żeby o
nim nie zapomnieć i mam zamiar przywołać te krzyki, kiedy następnym razem sama
siebie wypchnę poza strefę komfortu, co wydarzy się niebawem, bo plany biegowe
na nowy rok nie pozostawiają innej możliwości.
![]() |
| Źródło: http://www.onefabulouslife.com, photo via http://www.prepbeijing.com/ |
czwartek, 21 listopada 2013
Pracować w korpo, być matką, żoną, biegaczką i nie zwariować.
Czy da się pogodzić pracę w korpo, rodzinę, pasję, sport,
obowiązki domowe, zainteresowania inne? Pewnie się da, ale to nie jest bajka z
happy endem, a ja nie jestem Superwoman. Trzeba z czegoś zrezygnować, trzeba
czasem coś odpuścić, zwłaszcza jeśli nie można odpuścić tego, co odpuścić by
się najbardziej chciało. Dopuszczam do
siebie myśl, że boginią domowego ogniska nie będę. Najlepszą matką, jaką
potrafię być, staram się być każdego dnia, żoną też, ale pogodziłam się z faktem,
że dom nie każdego dnia pachnie świeżym obiadem, a testu białej rękawiczki
raczej bym nie przeszła. Co nie znaczy,
że nad tym nie ubolewam, bo lista
przepisów kulinarnych, które chciałabym wypróbować rośnie z każdym dniem.
Podobnie jak lista książek do przeczytania, o hand made nie wspominam. Nie będę
też biła rekordów w bieganiu, z żalem odpuszczam obozy biegowe i inne gratki
dla biegaczy. Skupiłam się za to mocno i zamiast 3, udaje mi się robić 4-5
treningów biegowych w tygodniu. Udało mi się też dodać trening siłowy, pracuję
nad stabilizacją, brzuchem i oczywiście pąpuję. A to wszystko dzięki temu, że wyszłam
z założenia, że lepiej zrobić mało niż wcale.
Często zdarza się, że muszę skrócić trening biegowy. Wkurza
mnie to strasznie, ale przecież byłoby gorzej gdybym nie zrobiła go wcale. Może
rozwiązaniem byłoby wcześniejsze wstawanie, ale staram się do minimum
ograniczać dni, kiedy biegam kosztem snu. Potrafię wstać przed świtem i robię
to, ale wiem, że zrywanie się o piątej rano tego pięć razy w tygodniu skończyłoby
się tak, że biegałabym coraz rzadziej. A przecież chodzi mi o coś zupełnie
innego. Tak więc, czasem krótszy trening i dłuższy sen wychodzi na lepsze.
Zobaczymy jak to będzie wyglądać wraz z kolejnymi tygodniami planu treningowego,
na razie jest dobrze.
poniedziałek, 11 listopada 2013
Tym razem będzie jak należy. Tylko jeszcze nie wiem jak.
Nie podejmowałam decyzji o
kolejnym maratonie. To była oczywista oczywistość, decyzja podjęła się sama.
Bieganie, a szczególnie bieganie maratonów, nie jest sportem bezpiecznym.
Uzależnia. Plany i wizje kolejnego maratonu snułyśmy z E. nieprzytomne, ze
spuchniętymi stopami, w drodze z Warszawy. Pierwsza myśl, to koniecznie maraton
szybki, taki na życiówkę (bo życiówki uzależniają jak samo bieganie). Zanim
dojechałyśmy do Janek, myślami byłyśmy w Wiedniu. W Nadarzynie widziałam siebie
finiszującą na wiedeńskim dywanie z czasem grubo poniżej 3:45. Dobrze, że
marzenia nie są zabronione.
Od Maratonu Warszawskiego mija 6 tygodni. Mam za sobą kontuzję, pierwszy etap długiego i zupełnie nowego planu, planu do którego nie jestem do końca przekonana, 1000 pompek, 5360 brzuszków, pierwsze choróbsko, opłacony start w Maraton di Roma i postanowienie, że tym razem będzie jak należy. Nocami śni mi się jeszcze Kilian Jornet, ale to już zupełnie inna historia.
Decyzja o starcie w Rzymie była spontaniczna, ale z perspektywy czasu i planów letnich, cieszę się, że tak właśnie wyszło. Trasa nie należy do najszybszych, mówi się że Rzym to miasto na siedmiu wzgórzach, ale nie znaczy to, że się nie da pobiec dobrze, lepiej i zgodnie z marzeniami. Zresztą, po co sobie ułatwiać, skoro może być trochę po górkę? Biorąc pod uwagę to jak się NiE przygotowywałam do tegorocznych maratonów, wierzę, że jestem w stanie wiosną pobiec na mocne 3:45. Oczywiście, jeśli tym razem wezmę się do roboty. A jest nad czym pracować i myśleć. Postanowiłam spojrzeć trochę dalej i szerzej niż na cyferblat Garmina.
Po pierwsze tętno. Przez ostatni miesiąc biegałam prawie codziennie i zaprzyjaźniałam się z pulsometrem. Nasza znajomość musi się chyba przerodzić w bardziej trwały związek, bo utrzymanie tętna poniżej 150 bez przechodzenia do marszu graniczyło z cudem. Były momenty, kiedy wydawało mi się, że wszystko idzie ku lepszemu, żeby następnego dnia była znowu dupa. Myślę, że fakt dwutygodniowej walki z przeziębieniem, które w końcu ewoluowało w zapalenie oskrzeli nie jest bez znaczenia, ale tym bardziej wiem, że mało wiem. Postanowiłam, że zrobię badania wydolnościowe. Muszę tylko wyzdrowieć, dojść do siebie i znaleźć kogoś, kto będzie potrafił wyciągnąć wnioski z badań i coś na ich podstawie zaplanować. Miesiąc temu byłam przekonana, że będę biegać według Danielsa, ale coraz bardziej zastanawiam się, czy nie poprosić o pomoc kogoś, kto wie więcej niż ja. Nie chcę, żeby historia się powtórzyła. Z samodzielną realizacją planu radzę sobie do momentu pierwszej choroby, czy przerwy w treningach z innego tytułu. Potem, po stracie tygodnia lub dwóch jestem zagubiona, nie wiem z którego miejsca zacząć, tracę czas i motywację. Dlatego tak kurczowo trzymałam się październikowych treningów, wiedziałam że powinnam odpuścić i się wyleczyć, ale nie chciałam przerywać, a i tak skończyło się na antybiotyku. Po drugie, myślę, że potrzebne mi doświadczenie większe niż moje własne, żeby przygotować się do maratonu w marcu oraz startu w maratonie górskim latem. Nie chcę odpuścić ani pierwszego, ani tym bardziej drugiego. Pomysłu jak to pogodzić na razie nie mam.
Mam za to całkiem ładną
statystykę aktywności pozabiegowej (to po
trzecie), z czego jestem dumna. Potrafię zrobić 20 pompek w jednej serii -
niemożliwe stało się możliwe! Oprócz pompek,
robię brzuchy, stabilizuję się i rozciągam. I to nie po pięć minut w
tygodniu, tylko całkiem serio. Jak napiszę, że ćwiczę siłowo to pewnie nikt nie
uwierzy, ale to najprawdziwsza prawda. Gdzieś na 30 kilometrze Maratonu
Warszawskiego boleśnie dotarła do mnie oczywistość, że bieganie to nie tylko
nogi i bardzo wzięłam sobie to do serca.
Po czwarte, po raz pierwszy też zastanowiłam się nad techniką
biegania. Zaczęłam zdawać sobie sprawę z błędów, które popełniam, pracować nad
ich wyeliminowaniem. Zmniejszenie niepotrzebnej utraty energii, czy zwiększenie
kadencji nie może nie wpłynąć pozytywnie na wynik. Mam też nowe buty, pierwsze z
podeszwą barefoot. Biegam w nich na razie niewiele, ale uwielbiam te treningi.
I po piąte, ostatnie, przynajmniej na razie, przyznałam się sama przed
sobą, że dźwiganie nadbagażu na każdym treningu i zawodach raczej nie pomaga. W
tym temacie razie zrobiłam niewiele, bo niestety sama aktywność fizyczna nie
wystarczy. Na razie nieśmiało wracam do „Jedz i biegaj” S.Jurka. Kiedy czytałam
ją po raz pierwszy czytałam tylko o „biegaj”, teraz czytam „jedz” i oswajam się
z myślą, że potrzebuję rewolucji w moim odżywianiu.
Czasu na myślenie i decyzje nie
ma za wiele, ale wydaje mi się że jestem na dobrej drodze. Najważniejsze, że bieganie
sprawie mi strasznie dużo radości i motywuje do działania.
piątek, 1 listopada 2013
Bieg Halloween na Stadionie Śląskim. Wampiry, upiory, zmory i motylek.
Gdybym kilka lat temu trafiła na
informację o Biegu Halloween, nawet nie pomyślałabym o udziale. Tak dla zasady.
Wszystkie nowo nabyte, komercyjne święta budziły we mnie totalną niechęć. Nadal ich specjalnie nie obchodzę, ale Biegu
Halloween organizowanego na Stadionie Śląskim nie chciałam opuścić. Po pierwsze
i najważniejsze, imprezy i treningi organizowane na stadionie wspólnie z
Augustem Jakubikiem to jakość sama w
sobie. Bieg, z maleńkiego wydarzenia na FB, nagle zamienił się w imprezę z
trzystoma startującymi. Zawsze
jest wspaniała, niepowtarzalna wręcz atmosfera, która sprawia że uzyskany wynik
zajmuje miejsce. Po drugie, trasa i termin bardzo mi odpowiadały. Byłam ciekawa
jak się ma moja forma cztery tygodnie po maratonie i po trzech tygodniach
biegania na niskim tętnie w zasadzie bez treningów jakościowych. Po trzecie, jestem teraz tak podekscytowana bieganiem, planami biegowymi i treningowymi, że
przyklasnęłam organizatorom, którzy sugerowali bieg przebierańców. Szkoda
tylko, że nie doczytałam lub/i nie zrozumiałam przekazu, że chodzi o przebrania
upiorne. No bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, że biegły same wampiry, upiory,
zakrwawione panny młode i tylko jeden motylek…
![]() |
| Źródło: www.dziennikzachodni.pl |
Subskrybuj:
Posty (Atom)



