niedziela, 16 sierpnia 2015

Odłóż lepiej tego smartphona i pożyj trochę dla odmiany...


Autorytet ze mnie żaden, ale muszę, bo inaczej się uduszę.

Obrazek z wczoraj:

Milion stopni w cieniu. Budujemy z Synem nowatorski system nawadniania grządek, zbieramy jeżyny, Syn urządza skoki do basenu, pływa, nurkuje, następnie urządzamy tor przeszkód i pokonujemy go biegiem, na kolanach, tyłem, jak się da. W międzyczasie jeszcze zabawa w piaskownicy i oczywiście miliard pytań, które nie mogły pozostać bez odpowiedzi. Po cichu marzę, żeby ta buzia zamknęła się choć na chwilę. Mąż za to głośno pyta, czy u nas zawsze musi być tak głośno? Przecież sąsiedzi też mają dziecko i nie dobiegają stamtąd żadne okrzyki.

No właśnie. Zerkam do sąsiada. Sąsiadka i jej córka (lat chyba 7, może 8) leżą na leżakach w tej samej pozycji, w której je zastałam, kiedy przyszliśmy. Mama z telefonem, córka z tabletem. Zmieniła się tylko ilość Pepsi w dwulitrowej butelce postawionej obok córki. Była pełna, jest pusta. To, że mama i córka mają niemałą nadwagę, to już w sumie szczegół. Bardziej dotyka mnie fakt sposobu spędzania czasu. Czy siedmiolatka naprawdę nie potrzebuje uwagi rodzica, zabawy i ruchu? Na ogródku stoi basen, zjeżdżalnia, trampolina. Stoi, bo nigdy nie widziałam, żeby dziewczynka z czegokolwiek korzystała. No i ważniejsze pytanie - czy rodzic nie potrzebuje kontaktu z dzieckiem? 

To ja już wolę, żeby u mnie zawsze było głośno. Ludzie, ogarnijmy się! Dzieciństwo naszych dzieci minie szybciej niż nam się wydaje. Nasze życie minie szybciej niż nam się wydaje!

Wszystko jest dla ludzi. Nie jestem moim mężem, który internetu, facebooka i całej reszty do szczęścia nie potrzebuje, nie używa i nie rozumie. Ja korzystam, ale nadszedł taki moment, kiedy nauczyłam się nie wyciągać telefonu bez potrzeby (no, może poza dniami kiedy obserwuję relacje online z biegów takich jak BUGT - to uzależnienie jest silniejsze ode mnie). 

Obrazki rodziców na placach zabaw czy ludzi w pubach, którzy wpatrują się w ekrany, zamiast podnieść wzrok i porozmawiać z tymi, których mamy obok, napawają mnie przerażeniem, bo stały się widokiem codziennym. Ludzie nie wiedzą ile tracą. I mam wrażenie, że nawet pojawiające się kampanie społeczne, mogą nie pomóc. 

Jakiś czas temu na blogu Twój Bieg Twoje Zwycięstwo przeczytałam: 

TRZEBA ŻYĆ NATYCHMIAST, JEST PÓŹNIEJ NIŻ NAM SIĘ WYDAJE

Nie trać życia na pierdoły. Nie idź na łatwiznę. Dbaj o siebie i swoich bliskich. Goń marzenia. Zepnij dupę, znajdź czas i równowagę.

No dobra, powymądrzałam się (może to te sławne ciążowe hormony, a może wcale nie? ) to teraz biorę sprawy w swoje ręce i idę rodzić, bo jutro będziemy już w komplecie :) A Ty odłóż srajfona i zrób coś fajnego :)



wtorek, 28 lipca 2015

I uczynię wszystko, aby nowe bieganie było zgodne, szczęśliwe i ogniem z dupy ziejące


Kochane Bieganie,

Wiem, że nie jestem idealna. Wiem, że popełniłam wszystkie możliwe do popełnienia błędy. I te, których nie byłam świadoma i wyszły po fakcie. I te, o których wiedziałam,co zrobić, aby ich uniknąć. A także te, których miałam  pełną świadomość i zarzekałam się, że nie popełnię ich nigdy. Taka jestem zdolna. A Ty jesteś i zawsze na mnie czekasz. Jakoś przetrwaliśmy wszystkie wszystkie moje fochy, wzloty i upadki, pomimo momentów, w których byłam pewna, że rzucę Cię raz na zawsze. 

Teraz widujemy się rzadko i przelotem, ale ta separacja dobrze nam zrobiła. Zdystansowałam się, zatęskniłam mocno i wiem, jak ułożyć nasze życie od nowa tak, aby było jak w bajce. Tak, wiem, że obiecywałam już nie raz, ale jak to mówią do trzech razy sztuka. Mamy tą szansę, żeby zacząć wszystko od nowa, jak trzeba i po bożemu, więc grzechem byłoby nie spróbować. 

Zaczniemy wolno, a potem zwolnimy jeszcze bardziej. Nasz związek to nie szybka randka, to przecież tak na całe życie, to dystans ultra. Złota zasada biegów długodystansowych, jest pierwszą, o której będę pamiętać. Tęsknię za Tobą jak cholera, napalona jestem jak szczerbaty na suchary, ale wiem, że tym razem nie będę miała wyjścia. A konkretniej? A konkretniej, niestety nie pójdziemy na pierwszą randkę tak szybko jak bym chciała. Ostatnie czego chcę, to szybki początek, a potem długa pauza.

czwartek, 25 czerwca 2015

Ala vs. Ciąża

Ciąża to nie choroba. Tak mówią. I ja się pod tym podpisuję. W związku z tym nie planowałam porzucać biegania na ten czas. Wręcz przeciwnie - na początku wyobrażałam sobie siebie truchtającą niemal do samego końca. Stało się inaczej w dużym stopniu na skutek nazbyt wyraźnej sugestii lekarza, który jak usłyszał pytanie o bieganie w ciąży zbyt obrazowo wyraził swoje zdanie na ten temat i niestety miało to miejsce w obecności mojego męża. Od tamtego momentu za każdym razem kiedy wychodziłam biegać, czułam jakbym dopuszczała się zbrodni przeciwko ludzkości.

Szkoda, że mój lekarz nie jest zapalonym biegaczem. Może wtedy biegałabym więcej w ciągu ostatnich miesięcy. Bo przecież super się patrzy na zdjęcia i czyta historie biegających przyszłych mam. Trochę im zazdroszczę, ale sama nie miałam na tyle pewności, żeby upierać się i robić coś dla siebie, kiedy nie tylko o mnie chodzi. Tutaj też więc nie zamierzam zajmować stanowiska, co jest dobre a co złe dla kobiet w ciąży. Ale postanowiłam sprawdzić co jest dobre dla mnie i najpierw spróbować polubić to, co uważa się za bezpieczne i dla ciężarnych się poleca.

niedziela, 11 stycznia 2015

2014. Jedna piąta roku poza domem.


Przełom roku można lubić albo nie. Można odciąć się grubą krechą od tego co było i wystartować
z symbolicznym nowym rokiem, można też chować się pod kołdrą przed tykającym jak bomba zegarowa czasem. Ważne, że jest wybór. Można też starać się żyć tak, aby uciekający czas nie wywoływał epilepsji. Nie marnować czasu na pierdoły, nie zamartwiać się duperelami, nie truć rzeczami na które nie mamy wpływu. Zamiast wyrzutów, że coś poszło nie tak, następnym razem zrobić to po prostu lepiej  i przede wszystkim robić jak najczęściej to co kochamy najbardziej. Proste.

Nie napisałam tego, żeby tu nagle po kilku miesiącach ciszy zupełnej truć banałami. Napisałam, żeby było i kłuło w oczy. Mnie przede wszystkim. Zwłaszcza, kiedy przyjdzie mi do głowy robić inaczej niż napisałam wyżej.

2014 to był dobry rok. Może i było trochę (albo i dużo) za dużo pracy i stresu, za mało trenowania i przynoszących radochę osiągniętych celów, ale to przecież można wcale nie tak trudno zmienić.
 Było za to coś, czego zmieniać nie zamierzam: 69 cudownych dni spędzonych tu i tam,  w pięknych miejscach, z najlepszymi ludźmi, dni poświęconych na to, co uwielbiam: góry (48!!! dni), bieganie, nowe miejsca, a to wszystko z Chłopakami moimi. To jedna piąta roku. Jak mi się to udało nie wiem, ale mam zamiar to powtórzyć.  Pięknie było. I co z tego, że teraz już wiem, że nie dorobię się nigdy, no bo jak? Przecież im więcej zarobię, tym więcej mnie nie będzie w domu… Dobrze mi z tą myślą. Teraz trzeci tydzień siedzę uziemiona w domu, oglądam zdjęcia i gęba mi się śmieje. Tego, co było nie zabierze mi już nikt.  Kilka miesięcy temu pisałam tutaj o chwilach idealnych i o tym, że trzeba robić tak, żeby była ich cała fura. Ameryki nie odkryłam, wiem, ale moją furę mam.

Ja , sama!, na środku Czarnego Stawu Gąsienicowego. Do tego podczas treningu biegowego. Uwielbiam wracać do tego.

Ja, sama!, o poranku w beskidzkim, czasem tatrzańskim lesie. Coś co rok temu by się nie wydarzyło. Dziś to jedne z najlepszych momentów minionego roku, kiedy po prostu wsiadałam do auta nad ranem, żeby pobiegać sama w lesie, zmasakrować się na Skrzycznem, Klimczoku czy drodze do Murowańca, bez medali i rekordów. Tylko tak po prostu.


Albo to. My, sami!, na Zawracie. Do tego mgła, groza i adrenalina. Było pięknie, choć wcale niewesoło, kiedy buty do biegania ślizgały się po zalegającym śniegu, a śnieżyca przy Zmarzłym Stawie, pozwoliła uwierzyć, że można się zgubić w naszych pięknych Tatrach.


Mogłabym tak co najmniej 48 razy, tyle ile w dni w górach, tyle wymagających ochów i achów wspomnień by się znalazło.. Nie przeszło mi. Oprócz samego bycia w nich czy biegania, jest jeszcze jedna niesamowita rzecz – słuchanie jak trzylatek mówi: „chodźmy tam wyżej, tam będzie piękny widok”.  Zwłaszcza jak  udaje mi się połączyć trening z byciem z chłopakami, a w ubiegłym roku, szło to całkiem nieźle. Wspólne wypady biegowo-rowerowe po dolinach, wspólne wycieczki górskie – chłopaki kolejką do góry, ja biegiem. To wszystko da się połączyć.  Może i zawaliłam realizację planu treningowego, zadowolona z tego powodu nie jestem, ale frustrować się nie zamierzam. To był dobry rok, biegowo też.



 O planach na nadchodzący rok za to nie ma co pisać. A jeszcze kilka tygodni temu było działo się w mojej głowie i w mięśniach też. Trzy tygodnie nad morzem w zasadzie bez biegania, bo tylko prze kilka dni byliśmy w trójkę, potem nie było już jak. Ale jak się nie ma co się lubi, to można… polubić basen na przykład. Trzy tygodnie równa się około 30 godzin na basenie, z czego znaczna część sam na sam z Młodym zaopatrzonym w kółka, motylki i inne wynalazki w rytm tam i z powrotem. Oszaleć można. I oszalałam chyba, bo od tego kręcenia się tam i z powrotem, przeszło mi nawet przez myśl, że może jakiś TRI kiedyś (ja to napisałam???). Kto to wie? Trzy tygodnie nad morzem to też 20 popołudniowych drzemek Młodego, podczas których uczyłam się z TRX-em mięśni, o których dawno zapomniałam. Tak, chyba nigdy nie spędziłam tyle czasu na ćwiczeniu mięśni głębokich, stabilizacji, ale też siły. Za każdym razem, jak cała trzęsłam się przy desce bokiem, tyłem i czym tam jeszcze, widziałam siebie jak drałuję jak czołg pod górę albo jak lecę w dół zimą w Karkonoszach albo latem w Tatrach…


A teraz trzeci tydzień siedzę i nic nie robię. Takie życie kolorowe. Nic to. Jakoś to ogarnę.

sobota, 9 sierpnia 2014

Maraton Karkonoski. Krótka opowieść o zakochaniu.

Maraton Karkonoski zadziałał na mnie jak środek odurzający. Do dziś jestem na haju. Uśmiecham się na samą myśl o sobotnim bólu, a fragmenty trasy stają mi oczami wielokrotnie w ciągu dnia. Naćpałam jestem bieganiem i chyba nie wszyscy to rozumieją. Na przykład pewien znajomy biegacz po uprzejmym wysłuchaniu moich ochów i achów spojrzał uważnie i zapytał: A co ty robiłaś na trasie 7 godzin? Jak to co robiłam? Biegłam.

Nie do końca jest  to prawdą.  Do marszu przeszłam na pierwszym podbiegu / podejściu stokiem na Szrenicę. Trzymałam się dzielnie truchtu przez pierwszych 300 metrów, potem nie miało to najmniejszego sensu. Miałam wrażenie, że znacznie szybciej pokonuję kolejne metry idąc. Kiedy tylko stok pozwala, wracam do truchtu. Chcę jak najszybciej dotrzeć do punktu kontrolnego na Śnieżnych Kotłach. Czeka mnie ok. 850 m przewyższenia i 6,5 km do pokonania. Dużo czasu, ale chcę mieć to jak najszybciej za sobą, żeby potem biec już spokojnie i cieszyć się biegiem. Po Biegu Marduły i wyścigiem z nieubłaganym limitem czasu ewidentnie została trauma. Cisnę znacznie szybciej niż trzeba i przede wszystkim znacznie szybciej niż powinnam i niż pozwalają mi moje możliwości. Na efekty nie czekałam długo, jeszcze przed Schroniskiem pod Łabskim Szczytem miałam ułożoną listę powodów, dla których się wycofałam. Szłam do przodu tylko dlatego, że wciąż nie wybrałam tego najbardziej wiarygodnego. Nogi mnie paliły, w płucach brakowało powietrza, marzyłam o tym, żeby się zatrzymać. A potem, kiedy powinno być jeszcze gorzej, bo zaczęło się podejście na Łabski Szczyt, podniosłam głowę. 

I to wystarczyło. Podniosłam głowę i zapragnęłam znaleźć się u góry, nie po to, żeby mieć za sobą najdłuższe i najwyższe podejście na trasie, ale po to, żeby tam być i na chwilę dać się oszołomić widokom. To takie proste.

Przynajmniej do czasu, kiedy jestem już na górze. Oddech spowalnia, można wrócić do biegu, więc
o podziwianiu widoków nie ma mowy. Kątem oka widzę ogarniającą mnie przestrzeń i nie chcę się zatrzymywać. Chcę biec.  Na szczęście zanim całkowicie mnie poniosło, przypomniałam sobie, że warto by coś zjeść. Jeszcze chwila, żołądek by się zbuntował i byłoby po zabawie. Zmuszam się do przełykania żelu, walczę ze sobą jeszcze bardziej niż na podejściu, ale wiem, że jeśli nie będę jadła, skończy się na Mardule. Od tej pory pamiętam już, żeby żel wciągać regularnie, nie czekając na oznaki głodu.

Zaczynam zbieg. Beznadziejna w tym jestem. Ktoś do mnie krzyczy, żebym się rozluźniła, że to pomoże. Próbuję i faktycznie pomaga, ale zbiegiem i tak nie można tego nazwać. Dopóki nie przyjdzie dzień, w którym odważę się schować strach do kieszeni, będę tracić na biegach górskich. Na zbiegu do Odrodzenia wyprzedza mnie ze sto osób.

Od wodopoju zaczynam odrabiać. Powoli i stopniowo, kiedy tylko się da to biegnę lub truchtam. Byle tylko przebierać nogami. Nie zatrzymuję się i nie zwalniam. No może poza jednym wyjątkiem, kiedy uderza mnie widok z góry na Samotnię. Boże, jak pięknie! Wyciągam komórkę, skoro i tak prawie wszyscy mnie wyprzedzili, to będę miała chociaż zdjęcie. 

Zdjęcie, zwłaszcza z moim paluchem, zdecydowanie nie oddaje tego, jak było pięknie.