sobota, 3 maja 2014

Kolekcjonowanie chwil idealnych: Babia Góra w biegu.

Hop, hop, hop… z kamyczka na kamyczek…  Chwila, kiedy przeskakuję z jednego na drugi, kiedy decyduję o kolejnym kroku to tylko ułamek sekundy, ale mam wrażenie, że trwa znacznie dłużej, że czas się zatrzymuje. Frunę. Czuję, że mogę wszystko. Ta perfekcyjność i ulotność chwili, tak pięknej, że nie da się jej opisać,  jest najpiękniejsza w bieganiu po górach. Warto było się męczyć, by pofruwać chociaż przez moment.

Droga do tej chwili była wyjątkowo delikatnie mówiąc frustrująca. Czekałam na ten wyjazd bardzo, ale kiedy dzień wcześniej wyszłam z pracy przed północą, szczerze wątpiłam, że wstanę rano. Nawet nie nastawiłam budzika. Nie potrzebowałam go jednak. Najtrudniejsze było otwarcie oczu, potem pomyślałam sobie, gdzie mogę być za kilka godzin i poszło z górki. Nigdy jeszcze nie spakowałam siebie i chłopaków tak szybko. W godzinę od pobudki odstawialiśmy już  Młodego na wyczekiwany dzień u Babci. Wyjechaliśmy nieco ponad godzinę później niż zakładały plany, a doo Zawoi zawsze jest długo, daleko i w korkach. Nie inaczej było i tym razem. Po drodze obiecałam sobie, że już nigdy i nigdzie w majówkę. To, co zastaliśmy na Krowiarkach i potem na szlakach tylko utwierdziło mnie w tym przekonaniu. Mojemu Mężowi brak miejsca parkingowego pomógł podjąć decyzję co do wycieczkowych planów. Pierwotnie mieliśmy przejść do Perci Akademików ze znajomymi, żeby potem się rozdzielić, ale skończyło się tak, że oni wyszli w górę godzinę przed nami, a mój ślubny uciekł przed tłumem na Mosorny Groń pośmigać na rowerze (gdyby ktoś pytał:  rower to bagaż pierwszej potrzeby, zawsze czeka na niego złożony w bagażniku).

Zostałam sama z Królową Beskidów i milionem ludzi na szlaku. Tak bardzo paliłam się do biegania, że zrobiłam coś, czego już nigdy nie powtórzę. Ruszyłam prosto na czerwony szlak, w górę bez rozgrzewki. Łydki paliły mnie tak, że po 100 m w pionie byłam przekonana, że zaraz będzie po wycieczce.  A to dopiero pierwsze 100 z ponad 700 m podbiegu…Mądre to nie było. Przeszłam do marszu, żeby zaraz zatrzymać się i porządnie rozciągnąć. Byłam zła i sfrustrowana, bo nie tak miało być. Miało być pięknie. Miałam pięknie treningowo wbiec na szczyt, a nie urządzać sobie marszobiegi. Ruszyłam wolniej, ale i tak  męczyłam się prawie do Sokolicy. Im wyżej, tym było mi łatwiej. Prędkości nie powalały, ale starałam się jak najwięcej czasu spędzić w biegu, choć miejscami korkowało się tak, że miałam przymusowe odpoczynki. W sumie może to i dobrze, ale im bliżej byłam szczytu, tym więcej pary było w nogach i więcej uśmiechu na twarzy.




piątek, 25 kwietnia 2014

W życiu piękne są tylko chwile.. na trasie Biegu Marduły

Zdaję sobie sprawę, że mój start w Biegu Marduły to trochę jak porywanie się z motyką na słońce, ale jest to silniejsze ode mnie. To pogoń za marzeniem . Jedyne co mogę zrobić, to pracować ciężko, żeby potem móc się cieszyć krótkimi, pięknymi chwilami.

Wiem, że będzie bolało. Wiem, że będę myślała, że nie dam rady, że beznadziejna jestem ja i całe to bieganie w górach. Ale wiem też, że kiedy wybiegnę wysoko, to będzie moja chwila. Wiem to i dlatego średnio śpię w noc poprzedzającym moje pierwsze, biegowe zetknięcie z trasą biegu Marduły. Denerwuję się. Nie biegnę sama, co z jednej strony mnie uspokaja, a z drugiej stresuje jeszcze bardziej, bo biegnę z kimś dla kogo Tatry to dom i kto może mi powiedzieć „Dziewczyno co ty tutaj robisz?”. Boję się tego jak cholera.

Spotykamy się na stacji benzynowej, potem szybka rozgrzewka i dowiaduję się jaki jest plan. A plan to dwa lub dwa i pół z czterech głównych podbiegów na trasie Biegu Marduły, w zależności od tego czy dam radę. Niestety ze względu na panujące warunki bez wbiegania na Karb i Przełęcz  Świnicką. Myślę sobie, że szkoda, ale zaraz potem zaczynamy wbiegać na Nosal.  Rozmawiamy.  Z każdym mijanym metrem dostaję cenne wskazówki i z każdym mijanym metrem myślę sobie, że nie dam rady. To dopiero pierwszy podbieg, a mnie już palą czwórki, już nie mam czym oddychać. A potem wbiegamy na szczyt. Sceneria jest delikatnie inna niż ta z pocztówek, chmury wiszą nisko nad górami. Zachwycam się po raz pierwszy tego dnia i słyszę, żebym poczekała z zachwytami, aż pobiegniemy w górę. To może być jeszcze piękniej?  Dostaję krótką lekcję panoramy, podsumowanie pierwszego podbiegu: 200 metrów przewyższenia, na krótkim odcinku, mam sobie wyryć w pamięci, że nie wolno mi się tutaj spalić. A potem Magda pokazuje palcem kolejny cel, a ja drugi raz w ciągu kilkunastu minut myślę sobie, że nie dam rady. Nie mówię tego głośno. Zaczynamy zbiegać i po od razu po raz trzeci myślę co ja tu robię? Utknęłam na chwilę gdzieś między skałami i nie wiem jak się ruszyć. Jakoś mi się udaje, ale jestem przerażona. Lecimy. „Musisz być jak sarenka”. Że co? „Że luźno, że bez strachu, ale musisz też być przygotowana i skupiona”. Ja jak sarenka? Dobre. Mowy nie ma. Ale lecę. Dobiegamy do Kuźnic i zaczynamy drugi podbieg przez Jaworzynę na Halę Gąsienicową. Tym razem przewyższenie ma 500m, ale nachylenie jest łagodniejsze, choć podbieg tylko zaczyna się niewinnie, bo potem jest coraz wyżej i coraz trudniej, ale przecież nie można się tak po prostu zatrzymać. Biegniemy więc dalej. Im wyżej, tym większy odczuwam spokój. Jest trudno, oddech staje się coraz cięższy, nogi zresztą też, ale biegnie się coraz łatwiej.  Chłonę kolejne wskazówki i czekam na nagrodę. Dostaję ją, kiedy wbiegamy na Halę Gąsienicową. Cała jest jeszcze pod śniegiem, jest szaro i buro, ale poza nami nie ma tam nikogo. Chwilo trwaj.



wtorek, 8 kwietnia 2014

Premiera na blogu. Foccacia w wersji bez glutenu i bez drożdży.

Dieta to element treningu, który zaraz obok regeneracji (czytaj snu) do niedawna był tym, który zaniedbywałam najbardziej. Zdecydowanie za często bywało tak, że jadałam byle co i byle jak. 

Nawrócenie na zdrowe i smaczne tory następowało powoli i niezauważalnie. Jak to się stało, że ja pieczywo-maniak nie jadam ciepłych i pachnących kajzerek, tego nie wiem.  I nie zagłębiam się w to szczególnie. Być może to zasługa zmasowanego ataku diet bez glutenu, nabiału, cukru, mięsa w mediach społecznościowych i innych Internetach.  A może ja dojrzewam do pewnych zmian? 

W każdym razie dziś na blogu premiera, czyli pierwszy wpis kulinarny.

W roli głównej: FOCCACIA W WERSJI BEZ GLUTENU I BEZ DROŻDŻY

Pyszna i szybka w przygotowaniu.  To między innymi dzięki niej z klasycznego, sklepowego pieczywa zrezygnowałam bez żalu.

Przygotowanie trwa nie więcej niż 10 minut, razem z pieczeniem  mieścimy się w 30 minutach.

OLIWA AROMATYZOWANA
3 łyżki oliwy
½ łyżeczki soli
2 duże ząbki czosnku (rozgniecione)

W niewielkim rondelku na małym ogniu mieszamy oliwę, sól i czosnek i podgrzewamy przez 10 minut. Po zdjęciu z ognia można jeszcze dodać ulubione zioła.
Połową oliwy natłuszczamy blaszkę, którą następnie wykładamy pergaminem, który ponownie smarujemy oliwą.

CIASTO
2 filiżanki mąki migdałowej
1 filiżanka mąki z ciecierzycy (dostępnej ku mojemu zaskoczeniu w osiedlowym sklepie Społem)
½ filiżanki zmielonego siemienia lnianego
2 łyżeczki bezglutenowego proszku do pieczenia
½ łyżeczki soli
1 filiżanka maślanki
4 białka

W misce mieszamy mąki, siemię lniane, bezglutenowy proszek do pieczenia i sól. Dodajemy maślankę i mieszamy.  Następnie delikatnie dodajemy białka ubite na  sztywną pianę. Ciasto nie będzie jednolite i białka pozostaną nieco widoczne. Po przełożeniu ciasta do blaszki, wylewamy na nie pozostałą oliwę. 

Piekarnik rozgrzewamy do 200° i pieczemy foccacię przez 20 minut, do czasu aż będzie złocista. Gotowe :)

To co ważne, przynajmniej dla mnie - nie trzeba być szczególnie dokładnym. Nawet przy delikatnym pomieszaniu proporcji, wychodzi pyszna. Oryginalny przepis można znaleźć w książce "Kuchnia bez pszenicy" W. Davisa.

Foccacie można wcinać z dowolnymi dodatkami, ja lubię np. z pastą z suszonych pomidorów.

Odsączone suszone pomidory umieszczamy w niewielkim naczyniu, do tego uprażony słonecznik i pietruszka zielona, trochę dobrej oliwy, miksujemy i wcinamy.



sobota, 29 marca 2014

Przygotowania do Marduły. Ala zaprzyjaźnia się z siłą i stabilizacją.

O tym, że aby biegać dobrze, szybko i zdrowo nie wystarczy tylko biegać wiedzą wszyscy.  Wstyd się przyznać, ale należę niechlubnej tej grupy biegaczy, która tą część treningu zaniedbuje. Pracuję jednak, żeby już niebawem móc napisać to stwierdzenie w czasie przeszłym. Do pełnej mobilizacji zmusił mnie start w Tatrach, nogi same tego przewyższenia nie przebiegną przecież. Tak więc,  w planie treningowym pojawiły się pozycje: stabilizacja, core i wytrzymałość siłowa. Próbuję różnych rzeczy w poszukiwaniu tej, która urzeknie mnie, szybko nie znudzi i będzie efektywna.  Poszukiwania idą nieźle, dziś bez marudzenia zamiast biegania był trening stabilizacji i górnych partii ciała z wykorzystaniem TRX (i nie tylko). To już drugi raz w tym tygodniu (kto mnie zna ten wie, że to fakt godny odnotowania). Po treningu poniedziałkowym zakwasy ustąpiły w czwartek po południu, więc jest moc, choć sam sprzęt wygląda raczej niepozornie.


TRX to system taśm, na których ćwicząc wykorzystujemy jedynie obciążenie własnego ciała. Podczas ćwiczeń pracujemy jednocześnie nad mięśniami powierzchownymi, ale także posturalnymi. To co najbardziej lubię w tych ćwiczeniach – nie ma opcji, aby podczas ruchu izolować mięśnie, angażujemy jednocześnie wiele ich grup. Lubię też uniwersalność tego sprzętu, przy użyciu TRX można wykonywać treningi na dosłownie wszystkie partie mięśniowe w nieskończonych kombinacjach (wystarczy zadać Googlowi pytanie i w odpowiedzi otrzymujemy setki filmów instruktażowych).  Lubię jeszcze to, że można ćwiczyć wszędzie, wcale nie musi to być na siłowni, taśmy można zawiesić na drzewie czy trzepaku J Ćwiczenia wyglądają na proste i w zasadzie trzymając się dwóch prostych zasad każdy może sobie z nimi poradzić: po pierwsze napięty brzuch i pępek wbity w kręgosłup, po drugie utrzymujemy pozycję deski, ale jeśli wykonywane są poprawnie dają popalić niesamowicie. W ćwiczeniu stabilizacji dla bardziej zaawansowanych można wykorzystywać Bosu lub poduszkę destabilizacyjną, akurat mi to tego etapu jest jeszcze daleko , więc same taśmy są dla mnie nie lada wyzwaniem. 

Ekspertem nie jestem, ale ponieważ duma mnie rozpiera, chwalę się moim nowym ulubionym zestawem. (bardziej doświadczonych od siebie przepraszam za mało profesjonalne nazewnictwo). Wszystkie ćwiczenia wykonujemy po 10 powtórzeń w 3 seriach i potem nie podnosimy rąk przez co najmniej trzy dni ;)

1. Podciągnie na drążku, niestety bez pomocy długo jeszcze nie dam rady.


2. Pąpeczki (nie mylić z pompkami ;) - szeroko i wąsko.


3. Podciąganie do TRX.


4. Wallballe, czyli podrzut piłki lekarskiej z przysiadu (nienawidzę szczerze, zawsze oberwę w nos...)


5. Podrzuty liny na Bosu, to najdłuższe 30 sekund w każdej serii...


6. I to co tygryski lubią najbardziej tzw. pąpka combo - utrzymać równowagę w trakcie ćwiczenia opierając ręce na hantlach - prawie niewykonalne, na zakończenie każdego powtórzenia trzeba jeszcze wstać i wyrzucić hantelki w górę 



niedziela, 9 marca 2014

Bieg na Klimczok i górskie plany

W sumie to mogłabym być niedźwiedziem, tak mi ta zima przelatuje między palcami. Treningi przeplatane pracą, albo raczej praca przeplatana treningami i chorobową ruletką domową. Trochę tego było w tym roku, szkoda nerwów na pisanie.

Słowo wytłumaczenia jednak się należy. Zrezygnowałam z wiosennego płaskiego maratonu, po to żeby zmierzyć się z górami. Trochę zwlekałam z decyzją, bo góry nie wybaczają odpuszczonych treningów, ale to jak, co i gdzie ostatnio biegam mówi samo za siebie. Schody, podbiegi i góry. W ciągu ostatnich dwóch miesięcy były raz Pieniny, dwa razy Tatry, nawet w Warszawie zafundowałam sobie sentymentalne podbiegi na Starówce. Najczęściej w starciu rozum – serce, wygrywa u mnie to drugie. Zamieniłam więc Rzym na Szklarską Porębę, 42 na niespełna 47 km, a umiarkowanie trudną trasę na +/- 2150 m przewyższenia. Yeah! Docelowym startem sezonu  będzie Maraton Karkonoski. Podekscytowana jestem strasznie. Tyle samo radości co start budzą we mnie same przygotowania. Ile to daje dodatkowych okazji i powodów do częstego ustawiania azymutu na góry! W planie jest kilka startów kontrolnych,  których każdy wywołuje we mnie nie mniej emocji niż ten zaplanowany na sierpień. Nawet nie wiem, czy nie więcej. Na samą myśl o starcie w Wysokogórskim Biegu im. Marduły mam ciary.  I choć pewnie przed startem umrę ze strachu, budziki na dzień i godzinę zapisów nastawione miałam dwa. Teraz nie pozostaje mi nic innego jak wziąć się do roboty. Nie, żebym przebimbała zimę. Co to, to nie, ale zdecydowanie nadszedł ten moment, kiedy trzeba wrzucić kolejny bieg. Zwłaszcza, że jest na to miejsce, siła i czas.

Na pożegnanie zimy i potwierdzenie, że coś jednak pobiegałam.


RMD Winter Run – Bieg na Klimczok, mój pierwszy start w tym roku, pomógł mi ustalić dwie rzeczy. Po pierwsze, stać mnie na więcej niż myślę. Po drugie, muszę wziąć się w garść, zasuwać i nie odpuszczać. Bo miałam takie myśli, żeby odpuścić ten start. Luty przemielił mnie i wypluł resztki…  Ale dałam radę, pobudka rano o świcie, trzeba jeszcze było odtransportować Młodego do Babci.  Zabrakło mi czasu na porządne śniadanie, na szczęście Mama poratowała mnie kanapkami.  Całą drogę do Szczyrku, która zawsze wydawała mi się znacznie krótsza niż minionej soboty,  miałam w głowie tylko jedno pytanie: Zdążę czy Nie? Do biura organizatorów wpadłam ostatnia. Brakło mi czasu na zmianę ciuchów na lżejsze, gdyby nie donośny okrzyk „Depozyt stop!” zostałabym bez ciepłych rzeczy na zmianę. Kierowca samochodu wywożącego nasz ekwipunek na górę. z nieukrywaną nutką rozbawienia zapytał, czy na pewno nie chcę, aby podwieźć mnie do mety. W sumie nie dziwię mu się, ładnych kilkaset metrów cisnęłam ile fabryka dała, żeby jednak mieć ciepłą bluzę i telefon na górze. Po tej przebieżce o dalszej rozgrzewce mowy nie było, zresztą start odbył się niewiele po moim przybyciu. Tylko chwilę dane mi było chłonąć atmosferę przedstartową, ale to wystarczyło, żeby ocenić, że było tak jak lubię. Swojsko i kameralnie, w bardzo miłym towarzystwie. Ruszyliśmy. Bieg na Klimczok to nie do końca typowy bieg alpejski.  Pierwsze dwa kilometry są mocno w dół.  Nie chciałam się zakwasić, ale hamowanie też nie miało większego sensu. Jakoś udało mi się znaleźć złoty środek, oczywiście w życiu nie przebiegłam tak szybko dwóch kilometrów. Po zbiegu, kilkaset metrów po płaskim, w trakcie których miałam wrażenie, że to mój dzień, a potem zaczął się podbieg, który ciągnął się do samej mety, chyba około pięciu kilometrów. Na początku było super, tętno równe (tak mi się przynajmniej wydaje, bo czujnik tętna akurat w tym dniu postanowił zastrajkować), później okazało się, że mam za słabą głowę. Wszyscy przechodzili do marszu (oczywiście wykluczając tych, którzy byli daleko przede mną), więc w końcu sama nie wiem kiedy też to zrobiłam. I tak już było do samego końca. Marszobieg. Nie byłoby w tym nic złego, były takie fragmenty, gdzie naprawdę trudno było biec, ale czułam że to nie maksimum moich możliwości. Brak skutków ubocznych biegu następnego dnia tylko utwierdził mnie w tym przekonaniu. Im było wyżej i bliżej mety, tym odcinki marszu były coraz krótsze, a biegu dłuższe. Zastanawiam się, jaki miał to wpływ fakt, że skończył się asfalt i płyty betonowe, a zaczęły się widoki, ale pewnie niemały. W sumie wstydu chyba nie ma. Dystans 8,2 km i przewyższenia -105/+515 przebiegłam z czasem 59:11, mniej więcej w połowie klasyfikacji kobiet.


W drodze powrotnej na dół towarzyszyły mi dwa pytania: na ile tak naprawdę mnie stać i jak to wydobyć? Odpowiedzi oczywiście, jeszcze nie znalazłam, ale wyjścia nie mam, muszę to rozkminić.

I na potwierdzenie, że na Klimczok też jednak trochę biegłam :)