Rok rozpoczął
się tak fantastycznie, że lepiej naprawdę nie mógł. Start w Cyborgu, mnóstwo
energii, motywacji, jasny cel i plan na maraton. Niemalże zaraz po pierwszym
stycznia pierwsze choróbsko Młodego, potem moje, potem znowu jego i tak na
zmianę calutką zimę. Do tego pressing w pracy taki, że czasami zapominam jak się
nazywam. I jeszcze te wieczne przepychanki z mężem o to czyja kolej na
zakupy, wynoszenie śmieci, czy inną
pierdołę. Całkiem łatwo wytłumaczyłam się sama przed sobą, że przecież przez to
wszystko nie mam czasu. Faktycznie tak było. Dwa, czy trzy razy zasnęłam nad pisaniem
kolejnych postów, postów nigdy nie dokończonych, które miały nigdy się nie
pojawić. Biegałam w luźnym momencie dnia w pracy, po to żeby potem nadganiać
wieczorem, później wracać do domu i wyrzuty sumienia mieć jak Katowic na
Alaskę. Zmieniłam priorytety. Przecież jako żona, matka, szef nie mam czasu na
Bieganie przez duże B. Nie mogę sobie na to pozwolić. Ten luksus nie dla mnie.
Z całej zazdrości
i goryczy przez kilka tygodni nie zajrzałam nawet jednym
okiem do żadnego z ulubionych blogów biegowych, od których zawsze utartym
zwyczajem zaczynałam dzień przy kawie. Głupia. Luty zakończyłam ze znikomym
kilometrażem i totalnym dołem. Czy to, że chcę część cennego czasu przeznaczyć
dla siebie zamiast dla dziecka to grzech duży czy mały? Cały czas powtarzam
sobie jak zaklęcie, że szczęśliwe dziecko to szczęśliwa mama. Bardzo chcę w to
w końcu uwierzyć, bo póki co to chyba slogan jakiś jest. Żeby biegać zrywam się
bladym świtem, lub biegam w pracy (poprawka: robię przebieżki po kilka
kilometrów, bo przecież szkoda czasu na porządny trening), po to, żeby
nadrabiać w domu, kiedy mały zaśnie. Kiedy ja mam spać? Czasami mam wrażenie,
że gdybym mogła się położyć i nikt by mnie nie budził przespałabym z tydzień…

Dobrze, że
wiosnę czuć w powietrzu. Dobrze, że nogi nie zapomniały jak się biega. Dobrze,
że moje ciało jest do tego stworzone. Dobrze, że po dzisiejszym pierwszym od
tygodni porządnym treningu nie umarłam. 12 kilometrów, godzina walki ze
zmęczeniem, godzina, która dała mi więcej radochy niż mogłam sobie zażyczyć.