![]() |
Tu zaczyna się przygoda... |
„Pytanie o to, czym jest dla mnie ultra i bieganie w górach,
najlepiej zadać mi po takim biegu jak Zimowy Janosik. Na jednym wdechu, bez
zająknięcia, z błyskiem w oku i wypiekami na twarzy, z niemałą satysfakcją i
ogromną przyjemnością odpowiem. Bieganie
w górach sprawia, że czuję się silna. Mimo setek współtowarzyszy na trasie,
turbowyjątkowa, a koncentrowanie się przez kilka godzin na „tu i teraz”
resetuje głowę jak dwutygodniowe wakacje. Po biegu wydaje mi się zaś, że oprócz
biegania po górach, mogę je też przenosić. Wszystkie problemy zostawione poza
trasą maleją odwrotnie proporcjonalnie do przewyższeń i wysiłku. Wypisz wymaluj
szczęście…”
Tak brzmiał pierwszy
akapit relacji z Janosika. Łatwo
jest czuć się silną i turbowyjątkową kiedy wbiega się na metę jako trzecia
kobieta open. Motyle, fajerwerki i szampan łatwo uderzają do głowy.
Naprawdę fajnie jest widzieć siebie
taką. Silną, zmotywowaną, zdystansowaną, zdeterminowaną, szczęśliwą. Pięknie
jest wierzyć w swoją siłę, bo to uczucie nie do przecenienia. Najfajniej jest
jednak mieć siłę, kiedy bańka pęka, czar pryska i nic nie jest kolorowe. Wtedy
trzeba jakoś pozbierać do kupy co się rozpadło i przekonać się, czy ta siła
jest warta cokolwiek więcej niż pięciosekundowa bańka. Dmuchając każdą kolejną
bańkę musisz wiedzieć, że pęknie i że będzie trzeba nadmuchać kolejną i
kolejną, a potem jeszcze jedną, jeszcze tysiąc i tyle ile będzie trzeba…
Noc przed startem.
Dziki Groń wypada na drodze do celu, więc chyba nie mam wobec startu i, co
ważniejsze, wobec siebie oczekiwań. Nie mam strategii, nie studiowałam
specjalnie trasy, będzie mocno, ale na luzie.
Zamykam powoli jedno oko i szybko je otwieram. Za zamkniętymi powiekami
czają się, o niespodzianko!, oczekiwania, czasy i inne strachy a przecież miało
ich tam nie być! To nie ten start. Nie tak się ze sobą umawiałam. No nic, liczę
owce, dużo owiec i jakoś zasypiam.
Rano myślę już tylko
o tym, że czeka mnie dzień w górach. Najlepiej. Uśmiecham się patrząc na
chłopaków. Widzę ich oczekiwanie na
start i podekscytowanie, do twarzy im z tym. To jeden z obrazków, które chcę
zachować w mojej pamięci najdłużej jak się da. Są takie chwile, kiedy czujesz,
że to co robisz, jak żyjesz i jakie życie pokazujesz dzieciom, jest dobre i
nagle moc wraca ze zwielokrotnioną siłą. Chwila przed startem Dzikiego Gronia
była taką właśnie Chwilą.
Chwilę potem zaczęła
się daleka podróż… Nie wiem, w którym momencie oraz nie wiem co
pierdolnęło, ale jebło z hukiem. Dziś, prawie tydzień po starcie, z pierwszych
22 kilometrów nie pamiętam prawie nic. Zdziwienie, oszołomienie, wkurw i łzy.
Dużo łez. I dużo brzydkich słów pod własnym adresem. Nie potrafiłam zmusić się
do wysiłku, nie potrafiłam zmusić nóg do biegu, ale przede wszystkim nie
potrafiłam zmusić głowy do odpuszczenia. Kompletnie nie rozumiałam co się
dzieje. Bunt, blokada, niemoc. Słabość i żal. Najgorsze jednak było
rozczarowanie. Rozczarowanie sobą i tym, że pozwoliłam samej sobie na
nakręcenie spirali, której nie jestem w stanie zatrzymać. Bo słaby dzień i
słaby bieg to jedno, ale to co działo się w mojej głowie to zupełnie inna
historia. Historia, która nie powinna się była wydarzyć. Do dziś tego nie
ogarnęłam. Było źle. Do Rytra dobiegam w takim stanie, że kiedy widzę Moich Chłopaków,
tracę oddech. Dosłownie. Czuję jak wszystko wokół mnie zaczyna wirować, a
Marcin każe mi oddychać. Słyszę jak dyszę. Nie potrafię odpowiedzieć na pytanie
czy coś mnie boli. Nie potrafię powiedzieć co się dzieje. Wszystko jest źle.
Wszystko jest nie tak.