sobota, 26 sierpnia 2017

Bieg Ultra Granią Tatr.

Ogród z widokiem na Śnieżne Kotły. Dziś cały dla mnie. Totalny spokój i cisza. Patrzę na medal, robię mu kolejne zdjęcie, dotykam i głaszczę. Uśmiecham się. Od ubiegłej soboty mam go cały czas przy sobie. Chcę zapamiętać ten bieg. Wszystko co było przed nim, w trakcie, wszystko co czułam i czuję po. Każdy krok, każdą myśl i wszystko to, co w tych dniach dali mi ludzie i co dałam sobie sama.

O tym, że od BUGT-a wszystko się zaczęło, już było. To marzenie utopia, które popchnęło mnie w surowe ramiona ultra. Ramiona, w których czuję, że żyję. Ramiona, które ściskają tak, że czasem brak tchu, a czasem nie chcą przytulić wcale.


Odprawa. Już tutaj nie udało mi się ukryć jak bardzo jestem zdenerwowana. Zbieram uściski pełne troski i wsparcia. Nie proszę o nie, ale panika sama wychodzi mi oczami i uszami. Nie wiem czego bałam się bardziej. Burzy i załamania pogody, którą straszył naczelnik TOPR-u, czy tego, że coś się nie uda, że za słaba jestem, aby ukończyć Bieg Ultra Granią Tatr.

Jacek, dziękuję Ci za to zdjęcie. Widać na nim wszystko. Fot. Jacek Deneka, Ultralovers

Start. Myślę tylko o tym, że wszyscy widzą jak bardzo się boję. Zamykam oczy, żeby cofnąć się w czasie o kilkadziesiąt minut. Ukochane Małe Ciche, nade mną miliony gwiazd, a obok On. Mówił, że wszystko będzie dobrze... Ale nie ma go tu teraz, jestem sama w tłumie biegaczy. Każdy z nich mógłby połknąć mnie na śniadanie bez mrugnięcia okiem. Każda zresztą też. Zamykam oczy i znów jest dobrze. Chwilę przed wejściem do ogródka startowego spotykam Olę.


Bardzo się ucieszyłam, że zobaczyłam Cię na starcie, mogłam dać Ci poczucie, że ktoś jest obok. Nie powiem, miałam stracha o Ciebie, po tym jak ze szklącymi oczami powiedziałaś „boję się”.


Dolina Chochołowska to oczekiwanie. Naprzemienne podmuchy zimna i gorąca wywołują u mnie ciarki. Irracjonalne uczucie, że coś się wydarzy rośnie w siłę. Już na dole wiatr ostrzegł nas uprzejmie, że lekko nie będzie. Tych kilka kilometrów rozbiegówki to kilkadziesiąt minut uczucia, które można porównać z chwilą poprzedzającą skok ze spadochronem. Wiesz, że zaraz spadniesz, że może zdarzyć się wszystko, że żywioł będzie mógł zrobić z Tobą co tylko zechce. Z filozofowania wyrywa mnie wschód słońca na Grzesiu. Płaczę po raz pierwszy. Nikt, nic i nigdy nie zabierze mi tej chwili. Choćby nie wiem co się wydarzyło. Kto był ten wie. Jest tak pięknie, że nawet nie podejmę próby opisania tego słowami. Łzy ciekną po policzkach, a do mnie dociera gdzie jestem i że TO naprawdę się dzieje. Nic co wydarzy się później nie ma najmniejszego znaczenia. 

Fot. Jacek Deneka, Ultralovers

Zbiegam śmiejąc się głośno. Wierzę, że będzie dobrze i nie mogę się doczekać tego, co dalej. Wiem, że od Wołowca będzie ciężko. To tam, na zbiegu, na ostatnim treningu, Tatry sprawiły, że poczułam się tak bardzo mała. Cisnę. Chcę już tam być i chcę się z tym zmierzyć.

Dziś nie za bardzo pamiętam zbieg z Wołowca. Wiem, że kilka osób mnie wyprzedziło. Nie spodziewałam się niczego innego, wiem, że robiłam co mogłam. Znacznie lepiej w pamięć zapadł świst w uszach i walka o każdy krok. Walka z huraganowym wiatrem, który pędzi 80 km/h jest nierówna, ale czy ktoś mówił, że będzie lekko? Nawet wtedy, kiedy siła podmuchów mnie przewraca, a w każdy krok trzeba wkładać podwójną energię by posuwać się do przodu, a twarz coraz bardziej boli od uderzeń ziemi i kamyków, nie potrafię się nie zachwycać. Przyroda pokazuje jak jest piękna, jak jest silna. W Tatrach jesteśmy tylko my i wiatr. Przepięknie jest.

Na Jarząbczy Wierch gramolę się dość żwawo. Jasne, że zabrał kupę siły, nogi palą, a w płucach brakuje tchu, ale to co dał w zamian oddało ją z nawiązką.

W stronę Kończystego Wierchu. Fot. Jan Heręza 

Płaczę po raz drugi. Nie potrafię inaczej. Ten widok. Ta przestrzeń. I jeszcze świadomość, że na Kończystym Wierchu jest Karolina. Nie znamy się dobrze, żeby nie powiedzieć, że prawie wcale, ale czekam na nią tak bardzo. Wspólna pasja czasem łączy bardziej niż lata znajomości. Karolina przytula mnie mocno, a ja czuję, że mogę wszystko.


Czekałam na Ciebie na szarpanym huraganowym wiatrem Kończystym i trochę się bałam, odliczając kolejnych biegaczy. Wiedziałam, że łatwo nie odpuścisz... Znamy się krótko, ale czasem po prostu się wie, kto jest utkany z tego samego marzenia i uporu. Pojawiasz się zaczerwieniona od wiatru i wysiłku, ale w dobrej formie. Nasze szerokie uśmiechy zderzyły się w jasnym świetle poranka i prawie posypał się tęczowy pył ;) Byłaś urobiona trudnymi podejściami i zbiegami. Wiedziałam, że powalczysz do mety. Mocny uścisk i pozornie wesoła gadka, żeby się nie rozczulać i... tyle Cię widziałam. Pomknęłaś dalej.


Patrzę na zegarek. Żeby zdążyć do Murowańca muszę dotrzeć na Halę Ornak w pięć i pół godziny. Przełączam się na tryb zadaniowy. Podczas rekonesansu, z bólem i płaczem, pokonanie tego odcinka zajęło mi prawie godzinę dłużej. Liczę. Jest nieźle. Gdyby nie to, że do Iwanickiej Przełęczy oczywiście zbiegam jak sierota, dotarłabym zgodnie z planem, a tak melduję dziesięć minut później.

Ciemniak, daleko, wysoko i długo. Liczę znowu. Studiowałam wyniki poprzednich edycji i dobrze wiem, że podejście na Ciemniak może mi odebrać medal i metę, choć na początku nic tego nie zapowiada. Statystyka jednak nie kłamie. Podejście na pierwszy z Czerwonych Wierchów to never ending story. Ogarnia mnie znudzenie, wspinam się po kolejnych stopniach trochę jak w letargu. Nie potrafię dogonić grupy przede mną. Skąd oni mają siłę? I dlaczego nie mam jej ja? A tak w ogóle to co ja tutaj w ogóle robię? Marudzę zrezygnowana. Słońce grzeje niemiłosiernie. Czas ucieka nieubłaganie. Już wiem, że Bieg Ultra Granią Tatr w moim wykonaniu dziś to walka z czasem. Walka o zapas na pierwszym punkcie i walka o limit w Murowańcu, dotrzeć tam na czas to najważniejszy cel, potem jakoś to będzie. Jak ja wtedy jeszcze mało wiem czym jest BUGT... Wtedy na podejściu, walcząc o każdy rok, nawet nie spodziewałam się, co będzie dalej.

Jest Ciemniak. Z czterech godzin przeznaczonych na drugi odcinek zrobiły się dwie. Przecież to nie ma prawa się udać. Słońce odpuszcza. O tym, co będzie jak lunie zacznę się martwić w Murowańcu.
Zaczyna boleć prawe kolano. Fakt, przecież wygrzmociłam się na zbiegu z Jarząbczego Wierchu. Dwa razy.

Często się uśmiecham, mimo wszystko. Fot. Robert Zabel

Kolejne szczyty Czerwonych Wierchów mijają bez większej historii. Do czasu. Na Kopie Kondrackiej spoglądam na tabliczkę z informacją, że do Kasprowego Wierchu dwie godziny. Że co? Przecież potem jeszcze trzeba zbiec do Murowańca. Grupa, z którą trzymałam się od jakiegoś czasu odbiega mi. A ja płaczę. Który to już raz dziś?

Robię co mogę, ale mam wrażenie że Kasprowy nie zbliża się ani trochę. Na którymś z punktów kontrolnych pytam czy zdążę. Nie wierzę, kiedy sędzia odpowiada, że spokojnie. Biegnę pod górę. Ja. Hopsam po kamieniach na Kasprowy. Prawie nie oddycham. Nie mam czym. Ale biegnę. W Murowańcu jestem 20 minut przed czasem. Wcześniej jednak jest Kasprowy Wierch. I jest Ola.


Pojawiłaś się z tym uśmiechem i poczułam, że jest dobrze, serce mi tak nigdy z radości nie waliło jak podczas tego kibicowania! Pobiegłaś. I przyszła zmiana pogody...


Na punkcie jestem chwilę. Wyciągam telefon. Jak dobrze słyszeć ten głos. Najlepiej. Wzruszam się. Tak, znów płaczę. To dobry płacz. Mam mnóstwo siły na Krzyżne i na to co dalej.

Burza. A potem zagrzmiało i lunęło i stało się to czego bałam się najbardziej. Nie dawałam sobie najmniejszych szans na ukończenie BUGT-a w limicie podczas deszczu. Kiedy pada deszcz, Tatry to zupełnie inne góry. Siada mi psychika i boję się każdego kroku. Żadna perswazja nie działa. Paraliżuje mnie. Często przed postawieniem kroku zatrzymuję się i zastanawiam się jak to zrobić.
Kurtka z membraną przemaka w nie więcej niż pięć minut. Robi się zimno. Grzmi. Otulam się folią NRC. Boję się jak cholera i człapię krok za krokiem. Nie potrafię się zmusić do biegu. Ktoś zawraca. Ja dalej napieram swoje. Odwrót, mimo całego mojego strachu i zwątpienia, nie wchodzi w grę.

Kocham mgliste, tajemnicze i puste Tatry. Takie są dla mnie w podejściu na Krzyżne. Czuję ich siłę, którą potęgują grzmoty i odgłosy śmigłowca TOPR. Człapię krok za krokiem cały czas zastanawiając się jak ja do cholery zejdę?

Obsługa na przełęczy chwali, częstuje herbatą, przytula i pociesza, że wyglądam dobrze i żwawo schodząc spokojnie dam radę zdążyć w limicie do Wodogrzmotów. A ja wiem swoje. Za styl zejścia z przełęczy Krzyżne naprawdę powinnam zaliczyć deenefa... Każdy krok w dół to przyspieszone bicie serca, łzy w oczach i rozczarowanie sobą. Wyglądałam pewnie jak obraz nędzy i rozpaczy. Zresztą podobnie widział mnie Marcin, z którym mijałam się na trasie.


Od początku biegliśmy gdzieś obok siebie. Ty zdecydowanie mocniejsza na podejściach, na zbiegach zaś ja miałem więcej odwagi ;) Wdrapując się na przełęcz nie widziałem Cię i nagle się pojawiłaś. Wyglądałaś na – nie wiem dokładnie co czułaś – bardzo rozczarowaną, chcącą rzucić to wszystko, zatrzymać się i płakać! Przepuściłaś mnie. Widać było, że cierpisz. Zapytałem jak jest, odpowiedziałaś, że nie da rady. Powiedziałem, żebyś się nie poddawała. Będąc na kolejnym punkcie 10 minut przed limitem wiedziałem, że raczej nie zdążysz...


Tak to się miało skończyć.

Było ciężko, ale nawet na moment nie żałowałam tego gdzie jestem. Mistrz Piotr Dymus

A potem zaczęłam cisnąć. Najpierw pod górę na podejściu do doliny, potem od schroniska w dół. Im bardziej nie wierzyłam, że jestem w stanie w czterdzieści kilka minut zbiec z Doliny Pięciu Stawów, tym pewniej stawiałam kroki. Wywaliłam się po raz trzeci. Nie patrzyłam pod nogi. Doskonale zdawałam sobie sprawę z beznadziejności sytuacji, ale musiałam spróbować. Łzy leciały mi po policzkach, a ja przeskakiwałam kolejne kamienie, co chwilę patrząc na zegarek. Wydawało mi się, że jestem szybka. Czas niestety był szybszy.


Stałem 6-7 minut ponad punktem, byśmy te ostatnich kilkaset metrów zbiegli razem. Nerwowo odliczając kolejne minuty do limitu, próbowałem odświeżyć tracking z GPS-a, by dowiedzieć się, gdzie jesteś. Ale słaby zasięg sieci w tym miejscu nie pozwalał. Mijali mnie kolejni zawodnicy, a w mojej głowie zaczął rozpychać się demon o imieniu Nie Uda Się. Doskonale wiedziałem, jak bardzo będziesz rozczarowana tą porażką, jak wiele znaczył dla Ciebie ten bieg. Rozpłakałem się. Za to, byś zdążyła wtedy na limit oddałbym wszystko.


Z każdym zakrętem wyczekuję punktu i Jego. W końcu jest. Widzę współczucie, zrozumienie i troskę w oczach. Mówi, żebym zwolniła i uważała na siebie, że w limicie na pewno się już nie zmieszczę. Nie chcę tego słuchać. Biegnę szybciej. Mam wrażenie, że zaraz zabraknie mi tchu. Ryczę. Tak bardzo boli mnie pasmo i rozwalone kolano. Stawiając kolejny krok czuję, że to ostatni na jaki mnie stać. Wyję, teraz już głośno. Stawiam kolejny krok, szybciej. Chcę być już na punkcie. Nic innego się nie liczy. Wpadam trzy i pół minuty po czasie. Brak tchu i totalna pustka. Wybucham głośnym płaczem kiedy dowiaduję się, że mogę biec dalej, bo organizatorzy wydłużyli limit o kilka minut.

Wodogrzmoty. Fot. Biec dalej i wyżej

Tylko noga boli. Dostaję zastrzyk w pośladek i prawie się przewracam, tak mi się kręci w głowie. Oddycham. Minutę, dwie, trzy. Wiem, że to nie może trwać wiecznie, trzeba się zebrać i ruszyć. Czuję się jak zwycięzca i lekceważę ostatni odcinek. Może to i dobrze, że nie wiem tego co wie Ola.


Po usłyszeniu historii z Wodogrzmotów wiedziałam, że prędzej padniesz niż się poddasz. Bałam się tylko o Ciebie w tym ciemnym lesie,
ostatni odcinek nawet w ciągu dnia bywa taki mroczny.


Ciemno, zimo i do mety wciąż daleko. Ruszam z Pawłem, który przyłączył się do mnie kiedy zaczęłam pędzić do Pięciu Stawów. Na początek wolno. Ten szaleńczy sprint na ostatnich kilometrach naprawdę dał mi w kość. Przypominam sobie osoby, które wpadły na punkt tuż za mną, ale jednocześnie tuż po limicie. Obsługa natychmiast i  bezwzględnie ściągała ich chipy. Już wiem, że będę ostatnią osobą, która ukończy tegorocznego BUGT-a. W tamtym momencie poczułam dumę, bo choć bieganie na limit leży dużo poniżej moich chęci i ambicji, to czułam że dałam z siebie absolutnie wszystko.  Drepczę noga za nogą, trochę rozczarowana, że wciąż jest tak bardzo pod górę. Ale uśmiecham się, wtedy absolutnie wierzę, że na mecie czeka na mnie medal. Naiwna.

Ostatni odcinek jest tak bardzo różny od tego co było wcześniej. Jest ciemno, mroczno i bardzo straszno. Cały czas muszę trzymać moją wybujałą wyobraźnię na wodzy. Powalone konary przyjmują naprawdę najróżniejsze kształty. W tym lesie moja wyobraźnia zobaczyła chyba wszystko...

Mgła mieszająca się z ulewą powoduje, że czołówka pomaga w znikomym stopniu. Widać niewiele. Kilka razy zatrzymujemy się zdezorientowani nie wiedząc którędy prowadzi szlak. Na szczęście zielone chorągiewki pomagają, każda z nich wypatrzona na tym odcinku dodaje otuchy. Ciężko biec w dół, gdy nie widzisz  gdzie stawiasz stopę. Beznadzieja sytuacji dociera do mnie, gdy po godzinie od opuszczenia Wodogrzmotów wolontariusz mówi nam jak daleko mamy jeszcze do mety. Ogarnia mnie totalna panika. Nie wierzę, że jestem w stanie drugi raz dziś zafundować sobie wyścig z czasem. Nie wierzę, że jestem w stanie się do tego zmusić. To nieludzkie. Stres, panika, wizja porażki, brak tchu, palące mięśnie i uciekający czas. Nie wiem skąd wzięłam na to siłę. Miałam ochotę usiąść na każdym mokrym kamieniu, płakać i czekać aż mnie ktoś stamtąd zabierze. A nogi robiły swoje.

Nikomu nie życzę znaleźć się w tym ciemnym, strasznym i mokrym, z tykającym jak bomba zegarowa limitem. Nie życzę nikomu, choć patrząc na to ile ten bieg dał mi w zamian za wszystkie łzy i przekleństwa, może powinnam życzyć wszystkim. Wspaniale jest się zmierzyć z marzeniem, nieść je na plecach i nie zrzucać z nich nawet jak jest cholernie ciężko.


Wybiegłem na trasę tak daleko jak się dało bez czołówki. Wciąż lał deszcz. Stanąłem pod daszkiem budki przy wejściu do TPN-u i czekałem. Obserwowałem ciemny las wypatrując świateł latarki, przebiegli już wszyscy oprócz Waszej dwójki, a limit zbliżał się nieubłaganie. Do mety mieliśmy ponad 2 km, gdy rozpoznałem Twoją sylwetkę, do limitu mieliśmy 2 minuty.


Dużo przed dobiegiem do Kuźnic wiedziałam, że z limitu nici. Nie potrafiłam zwolnić. Ostatnie kilometry na asfalcie to był jakiś szalony sprint do mety. Płakałam, że za szybko, że już nie mogę i dociskałam bardziej. A potem usłyszałam moich kibiców i nastał ten moment, którego absolutnie nie potrafię opisać. Dziękuję <3


O 20 podeszłam do grupki osób w foliowych pelerynach, okazało się, że wszyscy czekamy na Ciebie. To było hr max, minuty upływały do limitu tak szybko, a kropka gdzieś na Nosalowej Przełęczy. I ten moment, w którym pojawiają się w oddali czołówki, w naszym punkcie kibica to był już szał. Myślałam, że z tych emocji nie wytrzymam. Miałaś piękny finisz, popłakałam się ze szczęścia. 
Ola, jesteś najlepsza.


Moja meta, mój medal. Fot. Biec dalej i wyżej.

Ambicja.

Ambicja to fajna sprawa. Pozwala się rozwijać. I przekleństwo. Bo czasem nie pozwala dostrzec sukcesu tam gdzie on jest.

Aga bardzo dziękuję Ci za te słowa. Pomogły mi, gdy zaczęłam rozkminiać co mogłam zrobić lepiej. Oczywiście, że rozkminiłam i wiem, ale na razie siódmy dzień z rzędu delektuję się każdym słowem wsparcia, które dostałam, każdym widokiem, każdym kilometrem i każdym uczuciem, którego doświadczyłam przed, w trakcie i po biegu.

2 komentarze:

  1. Nie wiem co napisać, bo wszystko będzie płytkie gdy wyobrażę sobie co przeżyłaś i czego dokonałaś przez te 17 godzin z hakiem. Biegam ultra ale w głowie mi się nie mieści tak naprawdę to, co tam się działo- w Twojej głowie i dookoła. Ala, dziękuję Ci za tę relację, kiedy będzie mi źle i zacznę wątpić otworzę ją i przeczytam jeszcze raz i jeszcze raz. Chyba sama nigdy nie zdawałaś sobie sprawy jak jesteś silna (płacz nic nie znaczy!) psychicznie i czego jesteś w stanie dokonać.

    OdpowiedzUsuń
  2. Świetny tekst i piękny pomysł z tyni cytatami (zazdroszczę). Gwoli puenty, dobrze wyczytałem, że limit jednak uciekł?

    OdpowiedzUsuń