sobota, 6 kwietnia 2013

Maraton? Chciałabym.



Chciałoby się pomarudzić. Że zimno, że szaro, że brzydko i generalnie do dupy. A najbardziej to chciałoby się poużalać nad sobą, że się dało dupy i że maratonu nie będzie. A na pewno nie takiego jak by się chciało. Bo oczywiście chciałoby się oczywiście przebiec go, a nie tylko ukończyć. Ale jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma. Inaczej być nie może. Już wystarczy, że złapałam doła, schowałam się pod kołdrą i przestałam biegać gdzieś w środku zimy, bo już wiedziałam, że o maraton poniżej 4 godzin będzie ciężko. Najlepiej nie biec go wcale, a już najbardziej genialnym rozwiązaniem jest nie biegać w ogóle. Tak było i nie ma sensu zwalać całej winy na choróbska, bo od kiedy to wychodzi się z przeziębienia trzy tygodnie? Było jeszcze kilka innych rzeczy, ale ten etap mam za sobą. 

POZBIERANA JESTEM. Szaro, buro, ponuro i zimno nie przeszkadza mi w--o-g-ó-l-e! Przecież prawie całą zimę nie biegałam, nie dane mi było cieszyć się wybieganiami w śniegu po kostki, więc nadrabiam. 20 km w 2 godziny szału nie robi, ale tragedii też nie ma.

Trzeba przyznać, że piękną mamy zimę tej wiosny

Oprócz tego w tym tygodniu były i interwały (pełniuteńkie i bez ściemy 12 x 400m po 4:16), i podbiegi, i nawet BNP był.  Wszystko po to, żeby wstydu na EKIDENIE drużynie nie przynieść. Czasu coraz mniej, walka o honor będzie na bank, ale przynajmniej wiem że ja bez celu i bez planu nie potrafię. Uwielbiam biegać, ale jeszcze bardziej lubię gonić króliczka. I znów chodzę jak nakręcona, kiedy mam czas myśleć o czymkolwiek, myślę o bieganiu, lista rzeczy z kategorii „must have” rośnie z dnia na dzień (jest tyle pięknych rzeczy do biegania na wiosnę i lato, że głowa mała!), kalendarz na Maratony Polskie znam prawie na pamięć i nie potrafię przestać myśleć o maratonie. Że chcę już, teraz i natychmiast! I nawet jestem skłonna odpuścić te cztery godziny, ale nie chcę czekać do jesieni. Cały zdrowy rozsądek jaki posiadam, chyba rozchorował się mocno. 12 maja, dokładnie za 36 dni, kilometr od domu startuje Silesia Marathon i wiem, że jeśli pobiegnę w połówce w ramach tej imprezy, będę czuła niedosyt. Jeśli zostanę w domu, będę mogła kibicować z balkonu maratończykom w okolicach 21 kilometra i chyba szlag mnie trafi. I co ja mam zrobić? Nie wiem. Robię więc rzecz jedyną słuszną i na miejscu. Biegam. Z zapisem jeszcze czekam. Wiem, że maraton po przebumelowanej zimie nie jest najlepszym pomysłem, ale chcę bardzo. Po ciuchu liczę, że znajdzie się ktoś, kto nie powie „Puknij się w głowę dziewczyno!”, tylko „Dasz radę, przecież nie biegasz od wczoraj, powoli  i do mety!".

5 komentarzy:

  1. No dokładnie, nie biegasz od wczoraj, więc nie jest to plan aż tak szalony. Ale jako debiutująca za 2 tyg. nie mogę tu robić za mądrą głowę. Natomiast bardzo cię rozumiem :) Myslę że jesli popracujesz przez ten miesiąc to pewnie możesz spróbować. Zresztą - spróbować zawsze warto jeśli się bardzo chce :)

    OdpowiedzUsuń
  2. "To niemożliwe - powiedział rozsądek, to ryzykowne - powiedziało doświadczenie, to bezsensowne - powiedziała duma. Mimo wszystko spróbuj - powiedziało serce"

    “Kiedy musimy podjąć ważną decyzję, najlepiej zawierzyć intuicji, ponieważ rozum zwykle oddala nas od spełnienia marzeń, przekonując, że jeszcze nie nadeszła odpowiednia chwila. Rozum boi się klęski, podczas gdy intuicja kocha wyzwania.”

    OdpowiedzUsuń
  3. ładnie się teraz przygotuj (tylko nie przeciąż z nadgorliwości ;)) i pobiegnij. Dla siebie. A jesienią spektakularnie pobijesz życiówkę :)

    OdpowiedzUsuń